Manifesto, reż. Julian Rosefeldt, Gutek Film, 2017

„Oryginalność nie istnieje. Nieważne, skąd coś zabierasz, ważne, co z tym zrobisz’’ – te słowa Jean-Luc’a Godarda, wypowiadane przez Cate Blanchett w ostatnim segmencie Manifesto Juliana Rosefeldta autotematycznie oddają ducha samego filmu, w którym reżyser czerpie z kilkudziesięciu manifestów artystycznych (i jednego politycznego), by ułożyć z nich swój własny meta-manifest.

„Manifesto”, reż. Julian Rosefeldt, 2017 (źródło: materiały prasowe dystrybutora)

„Manifesto”, reż. Julian Rosefeldt, 2017 (źródło: materiały prasowe dystrybutora)

Film, złożony z poprzedzającej go wieloekranowej instalacji muzealnej, jest efektem partnerskiej współpracy Rosefeldta – niemieckiego artysty wizualnego – z Blanchett, która po wejściu w projekt aktywnie przyczyniła się do stworzenia koncepcji poszczególnych sytuacji filmowych (aktorka sama używa tego słowa, podkreślając, że nie można tu tak naprawdę mówić o „postaciach”): od akcentu przez sposób poruszania się – i w ciągu zaledwie 12 dni zdjęciowych w Berlinie odegrała je przed kamerą. To skupienie w postaci kobiety kilkunastu „bijących testosteronem”– bo stworzonych wyłącznie przez mężczyzn – tekstów kultury było zresztą jedną z głównych intencji Rosefeldta.

Twórcze creda Bretona, Rodchenki, Éluarda czy Oldenburga zostają więc w Manifesto wyrwane ze swojej historycznej tkanki, pokawałkowane i włożone w usta wykreowanych postaci: amerykańskiej gospodyni domowej z lat 60. odmawiającej modlitwę przed rodzinnym obiadem; kobiety odczytującej mowę pogrzebową; rozkrzyczanego bezdomnego ciągnącego swój dobytek przez opuszczony kompleks przemysłowy czy prezenterki telewizyjnej – by wymienić tylko kilka z nich. U Rosefeldta wszyscy ci „everymani” zaczynają przemawiać zlepkiem postulatów dadaistów, surrealistów, sytuacjonistów i marksistów. W ten sposób trzynaście niepowiązanych narracyjnie segmentów przeplata się ze sobą, a zestawienie słów i obrazu w każdym z nich tworzy mniej lub bardziej komiczny efekt („wszyscy jesteście idiotami!” – krzyczy na przykład Blanchett słowami Tristana Tzary do zgromadzonych wokół trumny żałobników; „jestem za sztuką, która wydalana jest z odrazą, jak gówno” – przemawia przy stole Oldenburgiem ku uciesze spotulniałych nad indykiem dzieci). Ta zabawa tekstem, intertekstualność i kolażowość czynią z Manifesto dzieło wzorcowo wręcz postmodernistyczne. Może z wyjątkiem samej, leżącej u jego podwalin, intencji.

Jeśli wierzyć słowom samego reżysera, Manifesto ma być hołdem, gestem afirmatywnym. Zdaniem Rosefeldta wykorzystane przez niego teksty w swoim autentyzmie i szczerości stanowią zaprzeczenie epatującego nas współcześnie zewsząd – zwłaszcza ze strony sceny politycznej – populizmu. W takim ujęciu manifest to przede wszystkim ekspresja wyzywającego ducha młodości (autorzy byli zazwyczaj ludźmi dopiero wchodzącymi w życie), a nie wcześniej, niż w drugiej kolejności – dzieła literackie czy poetyckie.

Kusi jednak, żeby odczytać film zupełnie na odwrót: jako antymanifest, gest wyszydzający nie tylko istotę tradycji manifestu, ale i egotyczną figurę formułującego go artysty. Sugerowałby to sam postmodernistyczny proceder, jakiemu Rosefeldt poddaje historyczne bądź co bądź teksty, rozbierając je na fragmenty i układając we własne kombinacje. Takiej manipulacji blisko do efektu pastiszu, intencji wyśmiania „wielkich narracji” awangardy. Efekt ten zostaje wzmocniony przez seryjność monologów, w których pomimo rozrzutu epok i miejsc powstania jak echo pobrzmiewają bliźniacze zalecenia i deklaracje, co pracuje na wrażenie naiwności autorów i płonności ich rzekomo przełomowych idei. Oto każdy z artystów zapowiada przecież nadejście nowego świata, który wcale nie nadszedł (jak wiemy z perspektywy czasu, awangardy po prostu wpisały się w istniejący porządek); myśli, że niesie diametralne przewartościowanie kryteriów społecznych (a przecież nierówności, o których mówi, pozostają aktualne do dziś); obala system, który koniec końców przetrwał lub powrócił; zwiastuje ogólnoświatową rewolucję, która skończy z duchową i moralną nędzą ludzkości; postuluje uwolnienie się od przeszłości, od której uwolnić się przecież nie da…

„Manifesto”, reż. Julian Rosefeldt, 2017 (źródło: materiały prasowe dystrybutora)

„Manifesto”, reż. Julian Rosefeldt, 2017 (źródło: materiały prasowe dystrybutora)

Nie bez znaczenia w przyjęciu tego rodzaju optyki pozostaje skrzywienie kontekstem odbiorczym, choćby z rodzimego podwórka: w dobie demokratycznego sprzeciwu polskich środowisk twórczych wobec jawnej lub ukrytej cenzury oraz prób narzucania sztuce patriotycznej misji, interpretacja w duchu krytycznym nasuwa się sama. Kiedy słuchamy, jak każdy z manifestów ogłasza wszem i wobec, jakiej sztuki aktualnie potrzebujemy i jakie idee powinna ona inkarnować, gdzieś w tle zapala się ostrzegawcza lampka. Instynktowie można więc chcieć dopatrywać się w Manifesto aktu demaskatorskiego wobec powoływania artystów pod konkretne chorągwie; i jako takiego – gestu poparcia dla jej autoteliczności i samowystarczalności. Jest to interpretacja, niezależnie od intencji samego autora, równouprawniona, wpisująca film w naszą kulturową współczesność.

Zresztą jednym ze zdań otwierających film czyni Rosefeldt pytanie: „Jak ktokolwiek może się łudzić, że uporządkuje chaos świata?”. No właśnie, jak? A jednak to nie obnażenie jałowości tego zadania jest celem filmu. Reżyser podchodzi do tych prób z fascynacją, a nie cynizmem, bo Manifesto wyrasta jednak z zachwytu. Dla artysty, który zabiera głos, aby dotrzeć do ludzi. Dla jego roli w społeczeństwie, w którym sam się pozycjonuje i za które bierze odpowiedzialność. A przede wszystkim: dla młodego, pełnego ideałów człowieka i jego woli formowania, położenia podwalin pod lepsze jutro, bo to ten wymiar tekstów stał dla reżysera na pierwszym miejscu.

„Manifesto”, reż. Julian Rosefeldt, 2017 (źródło: materiały prasowe dystrybutora)

„Manifesto”, reż. Julian Rosefeldt, 2017 (źródło: materiały prasowe dystrybutora)

Rosefeldt zauważa, że dzisiaj artyści nie formułują już manifestów. Dominuje kultura talk show: wielogłos w miejsce transmisyjnego modelu jednostkowej wypowiedzi. Manifesty zostały zdegradowane, sprowadzone do roli exposé: domeny polityków. A przecież poza kategorycznością przekonań konotowały one coś jeszcze: pracę refleksji, tej sprzed natychmiastowej, lapidarnej komunikacji; idealizm, szacunek do słowa. Jest więc w Manifesto, zaszyta gdzieś głęboko pod gadżerciarskim obrazem i popową maskaradą, nuta nostalgii – może ostatnia rzecz, jaką spodziewalibyśmy się w tym filmie znaleźć.

Dodaj komentarz


Recenzje

Rozmowy

Czytelnia

Wydarzenia

U have turned off the Artwork.

On the other hand U have become integrated with an interactive art experience.

Yes, U can go back but U can't change the fact that U've been integrated...

In case U want 2 turn the Artwork back on just click one of the other buttons.

CODEMANIPULATOR