Maria Anna Potocka, Nowa estetyka, Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2016.

Masza Potocka jest jedną z najbardziej wpływowych postaci polskiego świata sztuki. Dyrektorka MOCAK, zasiadająca w najważniejszych komisjach i jury. Zadzieranie z nią to forma samobójstwa. A zatem:

Zostałem właściwie wywołany do tablicy jej najnowszą książką Nowa estetyka. Momentami miałem wręcz odczucie, że stanowi ona rodzaj polemiki z moimi publikacjami. Pojawiają się bowiem nie tylko podobne tematy[1], tezy i argumenty, ale nawet frazy i metafory. Oczywiście wszystko to inaczej opakowane i przekierowane. Książka wszakże stanowi dokładną egzemplifikacją tego, z czym walczę od lat kilkunastu, krytykując schematyzm naszego artworld ukryty za jednostronnymi radykalizmami i bezwładnym kultem „emancypacji”. Wytykając rozziew między deklarowanym umiłowaniem wolności, kreatywności i krytyczności a faktyczną praktyką.

Maria Anna Potocka, „Nowa estetyka”, Wydawnictwo Aletheia, 2016 (źródło: dzięki uprzejmości Wydawnictwa)

Maria Anna Potocka, „Nowa estetyka”, Wydawnictwo Aletheia, 2016 (źródło: dzięki uprzejmości Wydawnictwa)

Autorka książki programowo nie odwołuje się do cudzych poglądów. Ma to dowodzić désintéressement wobec wymagań akademickich, jak i autentyzmu myśli. Sugeruje również zajmowanie jakiejś boskiej, bezalternatywnej megapozycji. W praktyce przeciętny czytelnik nie ma szans rozpoznać zapożyczeń, parafraz od oryginalnych myśli. Ostatnimi czasy wybieg ten staje się coraz bardziej powszechny. Bo łatwy i produktywny. Takie czynienie innych autorów zbędnymi jest jednak osobliwe w przypadku osób aspirujących do roli selekcjonera filtrującego – jak to Potocka określa – to, co wartościowe do sfery publicznej. Czyż taka selekcja wówczas nie okazuje się przypadkiem unieobecnianiem innych i… autopromocją?

Wielokrotnie przy różnych okazjach powtarzałem, że w dzisiejszych czasach galopującej ciemnoty, przed pustą grą performatywnych pseudointelektualnych dąsów ocalić nas może jedynie pluralizm i racjonalność. Lecz nie wystarczy ich deklarować. Możliwe są one tylko w sytuacji (nawet względnej) czytelności różnic, pojęć i postaw. Jeśli natomiast swawolnie je wyginamy, demolujemy tenże pluralizm w podobnym stopniu jak totalitarna przemoc. Frywolność i opresja to dwie strony tego samego medalu. Potocka jednak uporczywie utożsamia swobodne redefiniowanie z samą kreatywnością i wolnością. Tak, lecz tylko z jej własną wolnością. Nie wychodzi jednak z jakiś niewinnych bezzałożeniowych pozycji. Przeciwnie, mimo „tuszów”, reaktywuje skrajne (neo)post/marksistowskie założenia, odgrzewa… fundamentalizm na poziomie fundamentalnych, nieprzekraczalnych różnic (np. postęp/tradycja. Według niej sztuka musi bowiem objawiać nowe znaczenia, które muszą być inne niż aktualnie panująca tradycja). A potem grzęźnie w potwornych  sprzecznościach, które chce rozbrajać za pomocą samej retoryki. Dla przykładu: sztuka ma jednocześnie być bezinteresowna (choć kilka lat temu pisała, że „altruizm unicestwia sztukę”[2]) i – parę stron dalej – walcząca, bo demaskująca kłamstwa społeczne. No, ale jak połączyć obie te dys/funkcje? Skoro ponadto pozytyw i negatyw tak samo nas przecież zniewalają? Skoro tylko w ramach jednej jedynej filozofii (w doktrynalnym marksizmie) walka o wartości jest formą ich praktykowania. I analogicznie: walka o sztukę, o wolność, ma zastąpić ową sztukę i ową wolność. Dla mnie to skrajna nieprzytomność, która musi skończyć się identyfikacją sztuki z samą walką. Walką o cokolwiek i prowadzoną jakkolwiek. Potocka anachronicznie zakłada też istnienie niezmiennego świata. W jej ujęciu zbudowany jest on z dwóch statycznych bloków. Tradycja z niezmiennymi normami. I kreatywny wolnościowy postęp zwalczający owe schematy. Lecz z biegiem czasu (anty)schematy modernizacji też się starzeją. I obecnie w podobnym stopniu otępiają nas schematy tradycji, jak i schematy „postępu” czy „wolności”. Parafrazując Marshalla Bermana (i Marksa): to, co stałe wyparowuje, ale to co wyparowało, wkrótce znów kamienieje. Świat doprawdy jest bardziej dynamiczny, bardziej złożony, niż to przedstawia Masza Potocka. Sam mocno nawet przypudrowany i poszminkowany antytradycjonalizm (i antyklerykalizm), choć czasami nawet konieczny, dziś nie wystarczy.

Potocka próbuje neutralizować krytykę artworld przechwytując fragmenty argumentów i ograniczając problemy. Dokonuje ich przepakowania. Na przykład wielokrotnie pisałem, że przestrzeń publiczna zamienia się w trujące toksyczne antyśrodowisko, które sprowadza sztukę do roli czystej manipulacji. Manipulacji, która de facto unieważnia podmiotowość innych. U niej pojawia natomiast „karmimy się samą trucizną – twierdzą tak przeciwnicy sztuki współczesnej”. A następnie pojęciu manipulacyjności starannie i parokrotnie nadaje pozytywny wydźwięk. Wręcz status modernizacji. Autorka utrzymuje też, że funkcjonariusze artworld (nieskromnie aspiruje do autorstwa tej oksymoronicznej frazy) po prostu „są kulturą”, czyli filtrują prywatne wygibasy artystów w sferę ważności publicznej. I czynią to bezinteresownie, bo tak rozumiana i spersonifikowana „kultura”… nie ma celu (s.157). Moim zdaniem ma. A celem podstawowym dzisiejszego artworld jest samo reprodukcja, podtrzymanie układu. Z biegiem lat z pola wolnej dyskusji zamienił się on w monopol redystrybucji idei sztuki. Nową sztuką może być wyłącznie to, co potwierdza i utwierdza wcześniejsze wybory i hierarchie artworld. Czyli narzuca się „właściwe” tematy, problemy i formy sztuki, „właściwe” strategie etc. Tu ukryta jest zasadnicza nieprawda tej książki. I raczej nie ja, lecz Masza Potocka ze swoim dążeniem do monopolu i narzucaniem jednej jedynej „właściwej” modernizacji stanowi zagrożenie dla wolności sztuki.

Autorka próbuje problemy artworld bagatelizować. Pisze więc, że istotnie artworld skupia w jednym ręku władze ustawodawczą, sądownicza i wykonawczą (ja pisałam w roku 2012: „łączenie funkcji kuratora, krytyka, jurora, marchanda etc. możliwe jest chyba tylko w Polsce. To jakby policjant, adwokat, obrońca, sędzia, strażnik więzienny w jednej osobie”[3]). Pomija jednak skwapliwie rolę beneficjenta. Utrzymuje bowiem, że artworld jest bezinteresowny, gdyż nie ma nawet środków, by realizować swoje interesy (s.157). Nieprawda, bo artworld ma środki, aby wymuszać lojalności – stypendia, zakupy do kolekcji, zagraniczne wystawy, publikacje, nagrody etc. Wszystko za skwapliwy udział w jego samo reprodukcji. Potocka twierdzi jednak, że mimo wszystko decyzje artworld są zawsze trafne. Dowodzić tego ma szybko następująca kanonizacja rankingowych idoli, zamiana ich w klasyków. Ale moim zdaniem dowodzi jedynie skuteczności zabiegów marketingowych. Ponieważ muzealizacja i podręczniki szkolne o sztuce są dziś w dużym stopniu już częścią tego marketingu.

Autorka redukuje niesłychanie samo pojmowanie wolności. Traktuje ją wyłącznie jako wolność „od”, jako bycie przeciw. A nigdy „za” (Izaak Berlin). W świecie Potockiej nic nie ma prawa nam się podobać, niczym nie możemy się zachwycać. Bo za tym podobno czai się zniewolenie kłamstwami tradycji i czczy sentymentalizm. Możemy więc tylko potęgować naszą rewolucyjno/modernizującą ponurą zaciekłość. Stąd też nawołuje, aby sztuka prawdziwa drażniła i poniewierała bliźnimi, nie pozwalając im na gnuśne samozadowolenie. Ale – i to koniecznie trzeba zauważyć – potwierdzeniem słuszność tych działań będzie przyszłość, gdy „sztuka uznana za wartościową okaże się częścią jutrzejszego światopoglądu społecznego” (s.76). I tu kłopot: jak bowiem negatywność, jak znoszenie określoności zamieni się pozytywność? Jak uwierzyć, że historia się skończy, że osiągniemy kiedykolwiek stan, gdy nikt niczego nie będzie chciał zmieniać? Przypominam: jeśli dzisiejszy aktyw „drażnicieli” nie wejdzie do jutrzejszego kanonu światopoglądu, to okaże się, że niesłusznie i niepotrzebnie poniewierał współczesnymi. Reasumując: sztuka ma dziś nas drażnić po to, by jutro opresjonować nasze wnuki. A czy jednak nie byłoby prościej, przyjemniej i taniej zrezygnować z takiej sztuki? Ludzie przecież nie chcą, by nimi pomiatano w imię samozwańczej „reedukacji” (zauważmy: w dobie demokracji i pluralizmu). Ale autorka pociesza się, że „w krajach inspirowanych Grecją odniesiono sukces, którego miarą jest rezygnacja odbiorcy z oporu wobec sztuki”. Niby zdanie wyrwane z akapitu, ale raczej ma takiego kontekstu, który by je uprzytomnił.

Masza Potocka kilkakrotnie definiuje kompetencje selekcjonera artworld, które przedziwne współgrają z jej własnym wykształceniem polonisty i antropologa („słuch na znaczenia i rozległa intuicja humanistyczna”, s.126; „wyczucie światopoglądowe”, s.129 itd.). Pojawia się tu coś, co nazywam od lat paradoksem „poszerzonego pola sztuki” (jednego z dzisiejszych dogmatów artworld). Poszerzonym o nowe aspekty, konteksty i problemy. Lecz zaraz potem pojawiają się fachowcy od konkretnych „poszerzeń”, którzy w nich się specjalizują. I zazwyczaj nie mają już podstawowej wiedzy, ani dyspozycji co do samej sztuki! Poszerzenie okazuje się redukcją, lub porzuceniem sztuki. Niestety, chyba coś podobnego dzieje się w przypadku Potockiej, co skutkuje jej wizją sztuki jako gry znaczeń i aktywnego światopoglądu. Sztuka dla niej wyczerpuje się w swoich werbalnych założenia i interpretacjach. Mało tego, na tym opiera rozróżnienie sztuki anachronicznej (formy) i nowatorskiej (znaczeń). Wszakże dzisiaj mamy już świadomość, że schematyzm znaczeniowy, ideologiczny otępia nas podobnie jak schematyzm formalny. I że estetyzm bywa tylko równie interesowny i zakłamany, jak indoktrynacje, czy też schematy emancypacji. Nie krytykuję tu Potockiej za postępowość, lecz właśnie za anachronizm. Niestety, utknęła zdaje się na poziomie tzw. zwrotu językowego z połowy zeszłego stulecia. Czyżby ominął ją w „międzyczasie” zwrot obrazowy (J. W. Mitchell), zwrot ikoniczny (Gottfried Böhme), antropologia obrazu (Hans Belting) etc.? No i twórczy wysiłek tysięcy estetyków (a i estetów) na świecie, którzy nie są wcale takimi zapóźnionymi tumanami, jak się tu sugeruje.

Fatalnym, ale i dość powszechnym błędem wśród aktywu rewolucyjnego jest nawyk, aby redefinicji poddawać jedynie „nasze” kategorie. A „wrogie” tezy przedstawiać w postaci niezmienionej od wieków. I tak na przykład Potocka ciągle podkreśla różnice między sztuką znaczenia a estetyczną, podrzucając nieustannie tej drugiej uszczypliwe złośliwości. O ile pamiętam, Maria Gołaszewska wyróżniła w połowie lat 80. (w Zarysie estetyki) ok. 20 podstawowych rodzajów estetyk (strukturalna, socjologiczną, fenomenologiczną etc.). Masza Potocka zaś narzuca nam tylko jej jedną jedyną postać. I to tę najbardziej niewybredną, jakby żywcem wziętą ze sztambucha politruka, czyli: formalna ładność maskująca kłamstwa społeczne. Równie dobrze można by definiować cel lewicy jako… niszczenie fabrycznych maszyn. Wygląda na to, że Potocka walczy z wiatrakami. Z wiatrakami, które już od dłuższego czasu stoją w skansenach i atak na nie żadną rewolucją nie jest, a tylko zwykłym wandalizmem. A może raczej konstruuje wiatraki, z którymi następnie odbywa heroiczne boje. No, ale to też żadna rewolucja. I nie uzasadnia tak skrajnego redukcjonizmu wobec sztuki. Konsekwencje tego widzimy w jej koncepcji dzieła sztuki. Tym w zasadzie różni się ona od mojej koncepcji obrazu deliberatywnego (z 2012 roku[4]), że u niej „aktywna percepcja wizualizuje myślenie”. U mnie zaś zderza się refleksję z wizualnością (w ramach szerszych konfiguracji). I zamiast relacji zależności (hierarchii) łączy je niekonkluzywna, lecz sprecyzowana oscylacja.

Potocka twierdzi, że nie ma alternatywy dla artworld. Że jego krytycy nie są w stanie zaproponować nowej koncepcji. Więc odpowiadam: a po co nowa koncepcja, skoro starej nie potrafimy zrealizować? I która wciąż nadal pozostaje aktualna: pluralizm, kompetencja i minimum etyczności (jako odrzucenie pokusy manipulacji i szacunek dla podmiotowości innych). O praktyce monopolistycznej, o depluralizacji[5] już wspominałem, więc spójrzmy przez chwilę na kilka ciekawszych lapsusów w tej książce. Autorka utrzymuje dla przykładu, że jednym z najbardziej nowatorskich nurtów był impresjonizm, który „ucieka od realizmu, od szacunku do tego, co widać” (s.117), że zamienia się w grę samą formą. A ja powiadam przeciwnie: właśnie był dążeniem do realizmu wierniejszego, bardziej dokładnego. Do realizmu wzbogaconego o naszą subiektywność, nastrojowość i wrażeniowość. A bezspornym dowodem na to jest fakt, że impresjoniści trudzili się malowaniem w plenerze. Chcieli dzięki temu pogłębiać realizm, a nie zrywać z nim.

Inne zaskoczenie: „Odniesieniem dla piękna były arcydzieła, a wzniosłość w reakcji odbiorcy, jako odpowiedź na wagę tematu” (s. 75). Otóż „waga tematu” (religijna czy mityczna), nie ma nic wspólnego z kategorią wzniosłości. Od czasów Kanta i Baumgartena określa ona nieprzedstawialność piękna, harmonii, co skazuje nas na doświadczenie patosu tragizmu. Estetyka wzniosłości konstytuowała nieomal całą sztukę współczesną (vide analizy Lyotarda, Wellmera, ale i Barnetta Newmana). Legła u podstaw dzisiejszej krytyczności, subwersywności etc. Moim zdaniem nieznajomość tej kategorii uniemożliwia sensowną dyskusję o sztuce współczesnej. Skazuje na jałowe przeciwstawianie formy i znaczeń, tradycji i postępu.

Wolność (i pluralizm) staje się w tej książce czymś najzupełniej niezrozumiałym. Okazuje się bowiem, że artyści powinni być wyłączeni z procesu wartościowania i tworzenia publicznej sztuki („kultury”). Podobnie widzowie: we wcześniejszych publikacjach sztuka powinna zostać odcięta od potrzeb widzów[6]. A tym razem niektórzy ludzie wręcz nie nadają się na odbiorców sztuki i trzeba ich pominąć, bo „są beznadziejnymi przypadkami” (s. 166). Odmawia im przy okazji jakiejkolwiek racjonalności, twierdząc, że mogą być motywowani wyłącznie swoją psychologią (czytaj: resentymentami). Ostatecznie okazuje się, że tylko funkcjonariusze artworld mają prawo zajmować się sztuką; być jej właściwym kreatorem, odbiorcą i jurorem. Well, przecież to właśnie totalitaryzm, wobec którego autorka deklaruje żywą jakoby niechęć.

Łączy nas natomiast umiłowanie idei sztuki wpisanej w egzystencjalny indywidualizmu. Ja definiuję to jako arthome i przeciwstawiam zinstytucjonalizowanemu artworld. Niestety, Potocka uparła się konkretyzować to na gruncie filozofii, która je wyklucza. Która redukuje nas do roli przejawu procesów i dyskursów społecznych. Sympatykom marksizmu powtarzam od lat, że fascynują się koncepcją, która neguje ich istnienie. I podkreślam, że nie bronię tu – jak autorka pisze – „światopoglądu prawicowo-religijnego” (…) „dla którego sztuka jest wrogiem”, lecz nie godzę się na udawanie przez Potocką bezstronności. Podobnie na jej twierdzenie, że „artworld klarownie wyraża racje kultury” (s. 125). Dziś on je raczej unieważnia. Natomiast zamiast snuć wizje przyszłych, kiedyś tam mających się pojawić alternatywnych wobec artworld form funkcjonowania zindywidualizowanej sztuki wystarczyło przywołać Forum Nowej Autonomii Sztuki (jestem jego współzałożycielem), o którego istnieniu od końca 2013 roku wszyscy interesujący się sztuką w tym kraju wiedzą[7].

Masza Potocka nie przedstawia rozwiązania problemów sztuki współczesnej, jej wolności, niezależności i jakości. Lecz tylko je przepakowuje. I okazuje się ich częścią. Zamienia bowiem artystów i widzów w marionetki. Proponuje sztukę jako nieustającą walkę z grypą. Lecz przecież ciągle nie chorujemy na tę grypę, a już z pewnością nie trzeba jej leczyć operacyjnie. Podkreślam, że nie krytykuję jej poglądów za postępowość i radykalizm. Lecz z powodu ich anachroniczności, redukcjonizmu i pomieszania. Maskowanych rewolucyjnym tonem. Potocka stara się nas przekonać, że jej wybory jako jedyne są racjonalne, postępowe, emancypacyjne, kreatywne etc. Nieprawda.

30.12.2016 r.

  1. Na przykład w Sztuka, czyli wszystko. Krajobraz po postmodernizmie, Lublin 2008.
  2. M. Potocka, Estetyka kontra sztuka, Fundacja Aletheia, Warszawa 2007, s.237.
  3. S. Marzec, Sztuka polska 1993-2014. Arthome versus artworld, Warszawa 2012.
  4. Sławomir Marzec, Wszystko, czyli obraz i obrazy, Lublin 2012.
  5. Polecam mój artykuł De/pluralizacja, czyli domykanie systemu,, „Arteon” 2014, nr 4, s.22-25.
  6. M. Potocka  „Estetyka kontra sztuka” Kraków, 2007, s.217.
  7. Polecam witrynę: forumnowejautonomiisztuki.blog.pl.

SŁAWOMIR MARZEC – profesor Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie i Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, artysta wizualny, autor blisko 100 wystaw indywidualnych (m.in. CSW Warszawa, Galeria Foksal) oraz licznych publikacji z pogranicza teorii i krytyki artystycznej.

1 komentarz do artykułu “Wolność marionetek”

  1. Krzysztof Jurecki

    Bardzo dobrze, że piszą jeszcze tacy teoretycy, jak S. Marzec. Inni boją się “układu”, bo łatwiej go podtrzymywać i korzystać z jego dobrodziejstw np. z zaproszeń MOCAK-u, MSN, czy warszawskiej Zachęty do wystawy czy wykładów, niż z nim dyskutować, czyli de facto obnażać go.

Odpowiedz użytkownikowi: Krzysztof Jurecki


Artykuły

Recenzje

Rozmowy

Czytelnia

Myślnik

Wydarzenia

FFFAMOUS

Od 25 października do 28 listopada 2017 roku

Piotr Leczkowski, Eva Calls 07, 2014 42 x 53 cm, fotografia cyfrowa, clothes & stylist By Björn (źródło: materiały prasowe organizatora)

Balkan Playground. Michał Korta

Od 25 października do 3 grudnia 2017 roku

Michał Korta, cykl „Balkan Playground” (Randa, egipska reprezentacja karate, Sutomore, Czarnogóra), 2014 (źródło: materiały prasowe organizatora)

Kino-oko. Wokół Wiertowa i konstruktywizmu

Od 20 października do 30 listopada 2017 roku

Józef Robakowski, „Ćwiczenia na 2 ręce” (źródło: materiały prasowe organizatora)

Cukiernia Europa

Od 19 października 2017 do 25 listopada 2017 roku

Aleksandar Stankoski, Ostatnia wyprawa, 100 x 70, olej na kartonie, 1992 (źródło: materiały prasowe organizatora)

8. Festiwal Krytyków Sztuki Filmowej Kamera Akcja

Od 19 do 22 października 2017 roku

 Festiwal Krytyków Sztuki Filmowej Kamera Akcja (źródło: materiały prasowe organizatora)

Festiwal im. Macieja Berbeki Inspirowane Górami

Od 19 października do 21 października 2017 roku

Festiwal im. Macieja Berbeki Inspirowane Górami (źródło: materiały prasowe organizatora)

Inwencja i naśladownictwo. Dawna grafika włoska

Od 17 października do 17 grudnia 2017 roku

Gaetano Cottafavi, „Wodospad na rzece Aniene koło Tivoli”, 1835 (źródło: materiały prasowe organizatora)

Dziekanka artystyczna

Od 16 października do 24 listopada 2017 roku

Mirosław Bałka, „Good God” (źródło: materiały prasowe organizatora)

Festiwal Tradycji Literackich

Rozdział I: Mickiewicz / Różewicz

Od 14 października do 16 listopada 2017 roku

Ballady i Romanse (źródło: materiały prasowe organizatora)

Modernizm udomowiony

Współczesna architektura chińska

Od 13 października 2017 roku do 7 stycznia 2018 roku

Projekt: Warsztat wyrobu cukru trzcinowego w gminie Zhangxi, powiat Songyang, Studio: DnA _Design and Architecture (źródło: materiały prasowe organizatora)

więcej wydarzeń
U have turned off the Artwork.

On the other hand U have become integrated with an interactive art experience.

Yes, U can go back but U can't change the fact that U've been integrated...

In case U want 2 turn the Artwork back on just click one of the other buttons.

CODEMANIPULATOR