Manchester by the Sea, reż. Kenneth Lonergan, dystrybucja: United International Pictures. Premiera: 20 stycznia 2017.

Kilka lat temu Margaret Kennetha Lonergana zdołała dość mocno podzielić krytykę. Przeważająca jej część upatrywała w drugim filmie cenionego dramaturga i scenarzysty znamion arcydzieła, niemała jednak grupa widziała w nim raczej minoderię, rozwlekłą ponad miarę narrację oraz irytującą z powodu swojej histeryczności główną bohaterkę. Zaliczając się w 2011 roku do owej mniejszości, lubię dziś bawić się myślą, że być może sam Lonergan po obejrzeniu zmontowanej już Margaret zgłosiłby akces do drugiego obozu i podzieliłby wiele zastrzeżeń przeciwników tamtego filmu. Jego najnowsze dzieło, Manchester by the Sea, w najwyższym stopniu charakteryzuje się bowiem jakościami, których tak brakowało Margaret, i sytuuje się na antypodach wcześniejszej reżyserskiej próby. Zabawne, iż jest ono krótsze raptem o kwadrans, lecz po raz wtóry udowadnia względność filmowego czas; podczas gdy Margaret dłużyła się niemiłosiernie, Manchester by the Sea zachwyca precyzyjną dramaturgią i świetnym montażem, a w efekcie zdaje się zdecydowanie krótsze niż jest w istocie. Nie mniejszy dystans dzieli aktorstwo Anny Paquin w roli histerycznej nastolatki Margaret od będących ozdobą Manchester by the Sea mistrzowskich kreacji Casey’a Afflecka oraz, na drugim planie, Lucasa Hedgesa, Michelle Williams i Kyle Chandlera.

„Manchester by the Sea”, kadr z filmu (źródło: materiały prasowe dystrybutora)

„Manchester by the Sea”, kadr z filmu (źródło: materiały prasowe dystrybutora)

Lee Chandler (Affleck), bostoński dozorca mieszkający w obskurnym pokoju w suterenie jednego z domów, którymi się opiekuje, zostaje wezwany do amerykańskiego Manchester na Wschodnim Wybrzeżu z powodu śmierci swego brata Joe’ego, konieczności wykonania testamentu i opieki nad osieroconym nastoletnim bratankiem (Hedges). Zmarły brat był rozwiedziony, podobnie jak sam Lee, który lata temu rozstał się w dramatycznych okolicznościach ze swoją żoną Randi (Williams). Wymuszona okolicznościami wyprawa Lee w rodzinne strony daje scenarzyście okazję do serii rozbudowanych retrospekcji, które rytmizują osadzony współcześnie tok narracji i odsłaniają stopniowo kulisy dramatycznych wydarzeń sprzed lat. Pierwsze sceny dokładnie i w sposób wyrazisty portretują głównego bohatera: wiemy, iż bywa nieprzystępny i opryskliwy, pobytu w barze nie zwykł kończyć skromnie na jednym lub dwóch piwach, nie stroni też od awantur i bijatyk wszczynanych pod byle pretekstem. Początkowo wydaje się, iż trawiący go gniew motywowany jest jedynie społecznie – biedą, brakiem perspektyw i pogłębiającą się frustracją. Wspomniane retrospektywy odsłaniają jednak bardziej tragiczne powody trawiącego bohatera bólu, mianowicie zawinioną przezeń śmierć trójki własnych dzieci. Powrót do rodzinnego miasta jest więc okazją do ponownej konfrontacji z własną traumą i demonami przeszłości.

Jedną z rzeczy najbardziej imponujących w ostatnim filmie Lonergana jest rosnące zdumienie widza faktem, jak dobry jest ten film, a jak kiepski, sentymentalny i banalny mógłby być (i w zasadzie według wszelkiego prawdopodobieństwa być powinien), gdyby narracja potoczyła się nieco bardziej utartym szlakiem, gdyby nie był tak fantastycznie zagrany i świetnie zainscenizowany, gdyby Lonergan nie uniknął szeregu pułapek czyhających w tej opowieści. Prócz starej prawdy o względności filmowego odczuwania czasu Manchester by the Sea niesie też potwierdzenie kolejnej: o tym, jak zawodnym może być rokowanie o przyszłym filmie na podstawie samego scenariusza, w różnych systemach kinematograficznych z natury rzeczy decydującego wszakże o podjęciu ryzyka realizacji projektu lub zaniechania go. Poszczególne narracyjne puzzle tej historii układają się w kształt banalnego stereotypu i spodziewamy się, iż naturalnie będą ciążyć w stronę typowej fabularnej sekwencji: niechciana wyprawa w świat przeszłości, konfrontacja, przemiana bohatera, naprawa dawnych błędów, a w nagrodę odzyskanie miłości lub znalezienie nowej, powrót do życia w jego pełni, rodzina, dom i wyśmienity indyk na Święto Dziękczynienia.

Lonergan pokazuje tymczasem, że są błędy, których nie da się naprawić, traumy, których nie sposób przepracować i tragedie, po których niemożliwy jest powrót do stanu poprzedniego, praca żałoby zaś nie zawsze daje się harmonijnie wpisać w formuły z podręczników scenopisarstwa. Już to jest sporym osiągnięciem z dziedziny pisania filmu, ale nie robiłoby tak imponującego wrażenia, gdyby nie było tak fantastycznie zagrane, oraz, co jest największym zaskoczeniem dla widza, popisowo wyreżyserowane. Autor ceniony wcześniej głównie za umiejętności pisarskie, będący przede wszystkim dramaturgiem, scenarzystą i script doktorem, posługuje się tu niewielką ilością słów („Nie mam nic wielkiego do powiedzenia” – mówi bohaterka na początku jednej z najmocniejszych scen filmu), lecz tworzy pierwszorzędną inscenizację. W efekcie otrzymujemy kilka chwytających za gardło scen będących niebywale sugestywnym i wiarogodnym zapisem dramatu życia. Oto nastolatek dowiaduje się o śmierci ojca w czasie hokejowego treningu, ciągną się kolejne sekundy przerwy, a całość rozgrywa się w dalekim planie i bez słyszalnych słów, znaczona jedynie ruchami ciał i mimiką twarzy, słowa każdy z widzów zdolny jest sobie dopowiedzieć. Oto przypadkiem spotyka się na spacerze dawne małżeństwo, a dławiące emocje i wzruszenie nie pozwalają na przekazanie sobie więcej niż rwanych, nieskładnych zdań, co daje jednak ekspresję nieporównanie większą niż dowolne dialogowe popisy pióra najlepszych scenarzystów. Oto główny bohater i osierocony bratanek błądzą skuleni z zimna w skutym mrozem niewielkim mieście, nie mogąc znaleźć zaparkowanego wcześniej samochodu, a drobna ta scena mówi więcej o stanie ich ducha i skali zagubienia niż najbardziej potoczyste wynurzenia czy psychologiczne monologi. Lonerganowi noga powinie się tylko raz, gdy niefortunnie opatruje najtragiczniejsze z wydarzeń na wskroś ilustracyjną muzyką smyczkową, poza tym intuicja i umiejętności nie zawodzą go w Manchester by the Sea nigdy.

Zapisy w testamencie zmarłego brata zmierzały nie tylko do zapewnienia ochrony osieroconemu nastolatkowi, lecz w nie mniejszym stopniu przywróceniu Lee do normalności. Ten ostatni, po pierwszej próbie targnięcia się na życie, pokonał w sobie co prawda impuls samobójczy, lecz w istocie był żywym trupem, wegetował w oczekiwaniu na koniec i w męczącej spirali samoudręczenia. Miarą klasy Manchester by the Sea jest to, iż Lonergan zdołał pokazać uruchomioną testamentowym zapisem walkę Lee o powrót do żywych także w sposób rzadko zalecany w scenopisarskich podręcznikach. Przedstawił jej zapis ani jako tryumf, ani jako zgon, ani jako finalny sukces, ani jako definitywną porażkę, lecz w sposób znacznie bardziej naturalny dla wielu życiowych planów, mianowicie jako warunkowy remis z rysującą się na horyzoncie możliwością dogrywki.

„Manchester by the Sea”, kadr z filmu (źródło: materiały prasowe dystrybutora)

„Manchester by the Sea”, kadr z filmu (źródło: materiały prasowe dystrybutora)

Trudno oprzeć się niekiedy wrażeniu, iż taka doza wolności i podobny poziom artyzmu zdarza się dziś filmom, o które nikt specjalnie nie dba, czy ściślej rzecz ujmując, nie dba szczególnie jakiś istotny podmiot produkcyjny. Manchester by the Sea nie jest flagowym produktem hollywoodzkiej „wielkiej szóstki” wiodących studiów, nie jest też europejską rachubą reżysera-autora obliczoną na obieg festiwalowy. W tym aspekcie przywodzi na myśl zeszłoroczny Aż do piekła Davida Mackenzie, a także kojarzy się z niedawnym Patersonem Jima Jarmuscha. Na razie dwoma najciekawszymi tytułami 2017 roku jawią mi się właśnie filmy Jarmuscha i Lonergana, oba osadzone w niewielkich amerykańskich stutysięcznych miasteczkach i powstałe nieco na obrzeżach systemu filmowej produkcji. Nie oznacza to wcale, iż pozostały niedostrzeżone bądź niedocenione w centrum owego przemysłu. Aż sześć bezdyskusyjnie zasłużonych Oscarowych nominacji, i to w najważniejszych kategoriach (najlepszy film, reżysera, scenariusz, pierwszoplanowe i drugoplanowe role), pozwala mieć nadzieję, iż Lonergan będzie mógł już w lutym postawić na półce w swoim domu kilka złotych statuetek.

Marcin Adamczak – wykłada w Instytucie Kulturoznawstwa UAM w Poznaniu, w PWSFTviT w Łodzi oraz na Uniwersytecie Gdańskim. Dyrektor festiwalu Cinemaforum w Warszawie. Stypendysta Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej (2010 i 2011). Laureat konkursu im. Krzysztofa Mętraka dla młodych krytyków filmowych (2011). Autor książek Globalne Hollywood, filmowa Europa i polskie kino po 1989 roku (2010) oraz Obok ekranu. Perspektywa badań produkcyjnych a społeczne istnienie filmu (2014). Publikował m.in. w "Odrze", "Kwartalniku Filmowym", "Panoptikum", "EKRANach", "Kinie", "Magazynie Filmowym SFP" oraz w kilkunastu tomach zbiorowych.

Tekst ukazał się w Miesięczniku, Odra, nr 3/2017

Dodaj komentarz


Artykuły

Opinie

Rozmowy

Czytelnia

Myślnik

Wydarzenia

9. CoCArt Music Festival

Od 30 marca do 1 kwietnia 2017 roku

Robert Lippok (źródło: materiały prasowe organizatora)

Adam Myjak. Rzeźba, rysunek

Od 25 marca do 21 maja 2017 roku

Adam Myjak (źródło: materiały prasowe organizatora)

Tannhäuser

31 marca 2017 roku

„Tannhäuser”, opera Ryszarda Wagnera, fot. Vincent Lifer (źródło: materiały prasowe organizatora)

Muzeum Teatru im. Henryka Tomaszewskiego

29 marca 2017 roku

Zaczarowany świat teatru (źródło: materiały prasowe muzeum)

Zuzanna Szarek, Hanna Śliwińska. Innego końca świata nie będzie

Od 25 marca do 17 czerwca 2017 roku

Fot. Hanna Śliwińska (źródło: materiały prasowe organizatora)

Józef Hałas. Poszukiwania

Od 23 marca do 28 maja 2017 roku

Józef Hałas, „Przeciwstawienie O”, 1979 (źródło: materiały prasowe organizatora)

IDEA HOMINI. Wystawa malarstwa Marcina Kowalika

Od 29 marca do 29 kwietnia 2017 roku

Marcin Kowalik, „Grosz czynszowy”, 2017, 130 x 220 cm, akryl na płótnie (źródło: materiały prasowe organizatora)

Blue Republic. Made in Blue Republic

Od 17 marca do 4 maja 2017 roku

Blue Republic, „Made in Blue Republic”, widok ogólny wystawy, fot. Maciej Zaniewski (źródło: materiały prasowe organizatora)

Short Waves Festival 2017

Od 21 do 26 marca 2017 roku

„Więzi”, reż. Zofia Kowalewska – kadr z filmu (źródło: materiały prasowe organizatora)

Alina Belyagina. Body Building

Od 22 marca do 1 kwietnia 2017 roku

Alina Belyagina. Body Building, fot. Dymitry Pankov (źródło: materiały prasowe organizatora)

więcej wydarzeń
U have turned off the Artwork.

On the other hand U have become integrated with an interactive art experience.

Yes, U can go back but U can't change the fact that U've been integrated...

In case U want 2 turn the Artwork back on just click one of the other buttons.

CODEMANIPULATOR