Pawilon Czterech Kopuł – Muzeum Sztuki Współczesnej we Wrocławiu, Nature morte. Współcześni artyści ożywiają martwą naturę, główny kurator: Michael Petry, kuratorzy: Roberto Ekholm, Małgorzata Santarek, 19.02-14.02.2017 r.

Nature morteczyli martwa natura, zazwyczaj kojarzy się nam z siedemnastowiecznym malarstwem holenderskim, precyzyjnie zakomponowanymi przedmiotami codziennego użytku lub też misternie ułożonymi bukietami – ogólnie rzecz ujmując, z materią nieożywioną, która w pewnym okresie dziejów malarstwa europejskiego stała się samodzielnym i bardzo istotnym tematem. „Malarzy – jak poetycko pisze Piotr Oszczanowski – interesowało już nie tylko przedstawienie materialnego świata, ale zwrócenie uwagi, za pomocą symboli, na doczesny wymiar ludzkiego życia, przemijalność piękna i nieuchronność śmierci”[1]. Mimo ogromnej popularności, jaką martwe natury cieszyły się setki lat temu, w dzisiejszych czasach jest raczej na odwrót. Bowiem wydaje się, że malarstwo tego typu nie jest szczególnie doceniane przez współczesną publiczność i w dużej mierze martwa natura – w klasycznym tego słowa znaczeniu – powstaje teraz najczęściej podczas studenckich ćwiczeń na artystycznych uczelniach. Jest też symbolem snobizmu i niekoniecznie dobrego gustu, a przynajmniej nie gustu rozsmakowanego w sztuce najnowszej. Tym bardziej więc na odbywającej się we wrocławskim Pawilonie Czterech Kopuł wystawie, od samego początku interesującym było dla mnie podejście zagranicznych kuratorów, którzy w sposób nieco eksperymentalny postanowili pochylić się nad tym – nieco zakurzonym już, choć wdzięcznym – tematem.

Cindy Wright, „Nature Morte 2”, 2010, Collection of Johan Willemen, dzięki uprzejmości artysty, © Cindy Wright (źródło: materiały prasowe organizatora)

Cindy Wright, „Nature Morte 2”, 2010, Collection of Johan Willemen, dzięki uprzejmości artysty, © Cindy Wright (źródło: materiały prasowe organizatora)

Na wstępie warto zaznaczyć, że ekspozycja ta była prezentacją całkiem udaną – szczególnie, gdy spojrzymy na nią, jak na prezentację o charakterze stricte muzealnym. Głównie dlatego, że pod wieloma względami (m.in. aranżacji, doboru obiektów czy ścieżki narracji) była ona bliższa wystawom galeryjnym, dzięki czemu wyczuwalna była tu wyraźna lekkość i świeżość, a także miły brak muzealnego patosu oraz ciężkiej, skostniałej atmosfery. Myślę też, że w przypadku tej akurat wystawy niedawno otwarty wrocławski Pawilon Czterech Kopuł okazał się być bardzo dobrym partnerem dla londyńskiego MOCA (Museum of Contemporary Art), które pod względem programowym prezentuje bardzo świeży i niezwykle potrzebny najnowszej sztuce kierunek. Dlaczego? Otóż instytucja ta w konsekwentny sposób realizuje założony przez siebie program ekspozycyjno-badawczy, który w dużej mierze opiera się na intensywnym wspieraniu artystów oraz ścisłej współpracy ze zdolnymi czy też dobrze zapowiadającymi się twórcami, którzy z kolei realizują swoje prace niejednokrotnie na potrzebę jednego, określonego projektu. I być możne dlatego właśnie opisywana tu wystawa była tak przystępna w odbiorze, a prezentowany w jej ramach motyw przemijania ukazany został w różnorodny i inspirujący zarazem sposób. Motyw vanitas nie jawił się jako coś negatywnego – artyści jawnie drwili ze śmierci, wielokrotnie puszczając do nas oko, innym razem ukazując jej nie straszne, a piękne oblicze. Twórcy ci – za wyjątkiem wyeksploatowanego na wystawie motywu czaszki – starali się nie epatować na wskroś znanymi symbolami czy oczywistymi alegoriami, co niestety nie do końca im wychodziło. Warto natomiast odnotować, że wypowiedź budowana była zazwyczaj przy użyciu skrótu myślowego i metafory, choć pojawiły się też realizacje przegadane, o niepotrzebnie rozbudowanych narracjach. Niezależnie jednak od tego, na wystawie tej mogliśmy zobaczyć sporą grupę wyrafinowanych pod względem artystycznym prac, które w subtelny i nienachalny sposób prowokowały nas do snucia własnych już przemyśleń i interpretacji.

Koncepcja kuratorska niemalże w całości została oparta na schemacie książki Nature Morte, której autorem jest dyrektor londyńskiej instytucji, artysta i jeden z kuratorów opisywanej tu wystawy – Michael Petry. Z uwagi na to, że rys ekspozycji w całości odpowiada zawartej w publikacji narracji, nie sądzę, aby można było powiedzieć aby zamysł kuratorski był tu szalenie porywający i odkrywczy, choć z pewnością wszelkie jego uzupełnienia – jak wprowadzenie grupy dzieł pochodzących z muzealnych zbiorów – zdecydowanie go urozmaica i pogłębia. Nie można jednak odmówić kuratorom ciekawego pomysłu przeniesienia treści do prawdziwej przestrzeni ekspozycyjnej, jak i realizacji projektu zachowanej na wysokim poziomie. Wystawa ta była zatem godna uwagi – i to nie tylko dla osób, które żywo interesują się sztuką współczesną. Bo istotnym jej atutem była przystępność. Zaproszeni do udziału artyści w swych realizacjach posłużyli się prostym, momentami wręcz oczywistym językiem, powszechnie znanymi lub intuicyjnie kojarzonymi motywami, a także popularnymi toposami z dziejów malarstwa, które przecież w dużej mierze przeniknęły już do naszego codziennego życia. W związku z tym mało było spiętrzonych metafory czy projektów konceptualnych, otrzymaliśmy w zamian nieskomplikowane w przekazie, estetycznie wyważone i różnorodne pod względem formalnym obiekty. Dlatego też nie powinny nas dziwić mariaże tradycji ze współczesnością czy próby przedstawienia klasyki w sposób jak najbardziej aktualny, nierzadko przy użyciu równie aktualnych narzędzi. Oczywiście – można powiedzieć, że na wystawie tej zabrakło prac niezwykłych czy spektakularnych. Jednak w moim odczuciu obecne było w niej coś bardzo miłego dla oka i duszy. Coś, co sprawiło, że całkowicie swobodnie i nieco leniwie podążało się za kolejnymi obiektami – bo z całą pewnością nie był to typ wystawy, którą zwiedza się w pośpiechu. Ekspozycja ta wymuszała na odbiorcy pewien rytm i spokój, ale też – co ważniejsze – wprowadzała aurę kontemplacji i zadumy.

Decyzją kuratorów wrocławska wystawa podzielona została na pięć części tematycznych – Jedzenie, Przedmioty, Flora, Fauna i Śmierć – co było oczywiście odzwierciedleniem układu wspomnianej już książki. Zasadniczy jej trzon składa się z blisko osiemdziesięciu realizacji, które wzbogacone zostały o reprezentacyjną grupę dzieł z kolekcji wrocławskiego Muzeum, dzięki czemu mogliśmy oglądać tu również obiekty polskich twórców, takich jak m.in.: Alina Szapocznikow, Jonasz Stern, Andrzej Dudek-Dürer, Jerzy Lewczyński, Jan Jaromir Aleksiun, Magdalena Abakanowicz, Jadwiga Sawicka czy Tadeusz Kantor. Tego typu działanie obecne było również podczas wcześniejszych odsłon wystawy – w Szwecji i Norwegii – co niewątpliwie było formułą interesującą. Tak otwarty charakter wystawy pozwala bowiem na poszerzenie jej kontekstu badawczego, dając jednocześnie możliwość analizy i przyjrzenia się obiektom autorstwa rodzimych artystów wyeksponowanych na tle prac powstałych w innych kręgach kulturowych. I przyznam, że nasza polska reprezentacja wypada całkiem nieźle.

Janne Malmros, „Unfold”, 2007, dzięki uprzejmości artysty © Janne Malmros (źródło: materiały prasowe organizatora)

Janne Malmros, „Unfold”, 2007, dzięki uprzejmości artysty © Janne Malmros (źródło: materiały prasowe organizatora)

Tak, jak to bywa w przypadku sporych wystaw zbiorowych, również i  tutaj, poziom zaprezentowanych realizacji nie był do końca równy, co chyba najlepiej było widać w sekcjach: Jedzenie, Fauna i Śmierć. Niezależnie jednak od tego, na uwagę zasługuje kilka prac, które w moim odczuciu w zdecydowany sposób wyróżniały się na tle pozostałych, nieco gorszych obiektów. Kilka przykładów znajdziemy już na samym początku[2], a więc w sekcji: Jedzenie, w której to wyeksponowano niezwykle klimatyczne i silne w przekazie fotografie Macieja Urbanka (The Elders, 2012) i Matta Collishaw’a (Ostatni posiłek w celi śmierci, 2011), a także ciekawą pod względem formalnym, nieco eksperymentalną i igrającą z ludzką percepcją pracę Nature Morte no.3 Cynthii Greig. Myślę też, że warto w tym miejscu wymienić zabawnego, acz jakże dramatycznego XXX (karpia w gazecie) Jerzego Lewczyńskiego czy nawiązujące już do sekcji Przedmioty obrazy Jerzego Nowosielskiego i Hanny Krzetuskiej – choć te ostatnie głównie z uwagi na ich ważny dla historii malarstwa polskiego charakter. Wzrok publiczności przykuwał jednak zupełnie inny i nieszczególny według mnie obraz autorstwa Cindy Wright pt. Nature Morte 2 (2010), który wprowadzał widza w lekką konsternację. Po pierwsze dlatego, że dzięki ogromnej precyzji i staranności wykonania, obraz ten powszechnie uznawany był za fotografię, po drugie zaś, przez bardzo sugestywną, naturalistyczną warstwę wizualną, jaką była wypatroszona, umieszczona w szklanej, ciasnej kuli ryba, która tępym, ale pełnym żalu wzrokiem uporczywie wpatrywała się w widza. Równie jednopoziomową pod względem interpretacji i niekoniecznie dobrą realizacją była animacja poklatkowa autorstwa Saary Ekström pt. Mętny, żółty pączek (2007), która w obrazowy sposób ukazywała proces przemijania i rozkładu, wizualizując znany chyba każdemu proces wysychania i pleśnienia pozostawionej w filiżance herbaty (lub kawy). Problem w tym, że praca ta była niezwykle, aż do przesady oczywista. Nie pozostawiała widzowi zbyt dużego pola do własnej interpretacji i według mnie była to jedna z gorszych realizacji, jakie fińska artystka wykonała w swojej karierze.

Zdecydowanie więcej ciekawych obiektów umieszczono w przestrzeni dedykowanej przedmiotom, które w historii malarstwa i martwej natury zajmują pozycję szczególną. Przede wszystkim dlatego, że bardzo często były one nacechowane symbolicznie i współtworzyły nierzadko skomplikowane, kreowane przez malarzy kody ikonograficzne. W czasach już bardziej współczesnych, a więc w XIX i XX wieku, przedmioty codziennego użytku zaczęły zatracać swoje pierwotne znaczenie, stając się bardziej pustym wypełniaczem przestrzeni wewnątrzobrazowej lub ilustracją eksperymentu tak formalnego, jak i teoretycznego. „Zwykłe przedmioty i przestrzeń domowa – jak czytamy w opisie sekcji – mówią o człowieku nie mniej, a może nawet więcej, niż jego portret. Zdradzają ślady prawdziwego życia, noszą znamiona autentyczności”[3]. I rzeczywiście tak jest, czego doskonałym przykładem była bardzo prosta, imitująca łazienkowa półkę z kosmetykami instalacja Darrena Jonesa pt. Czas i miejsce (2011). Moją uwagę przykuł natomiast wyjątkowo ujmujący obiekt pt. Unfold/Rozwijać (2007) autorstwa Janne Malmros – artystki angielskiego pochodzenia, która w twórczości swej posługuje się przede wszystkim przedmiotami tapicerowanymi lub wykonanymi w całości z tkanin. Zaprezentowany przez nią we Wrocławiu obiekt odznaczał się niezwykłą subtelnością, japonizującym minimalizmem i trudnym do zdefiniowania wdziękiem i spokojem, dzięki którym wydawał się być najbardziej estetycznym elementem tej wystawy. Konkurować mogła z nim jeszcze jedna, bardzo delikatna, ale też chłodna i w pewnym sensie złowieszcza w odbiorze instalacja Phillipa Pirolo pt. Spray. Aksamit (2016), a także bardzo urokliwe i smutne jednocześnie wideo Ori Gersht pt. Big bang (2007). W przestrzeni tej znaleźliśmy również ważną dla samego Wrocławia Sztukę Butów (1986) Andrzeja Dudka-Dürera czy Spodnie (1975/76) Andrzeja Lachowcza, które doskonale korespondowały z bardzo sugestywną, pełną smutku i pustki fotografią płaszcza autorstwa Jadwigi Sawickiej. Obojętnie nie udało się również przejść obok urokliwej ceramiki Livii Marin pt. Wzory Nomadów [wierzba] (2015), która za sprawą intencjonalnego działania artystki pozbawiona została swojej pierwotnej funkcji. Marin zafascynowana jest przetwarzaniem zniszczonych przedmiotów codziennego użytku, nadawaniem im charakterystycznych, lejących się kształtów i – jak sama mówi – nowego życia. Narodziny, przemijanie i w końcu umieranie to zagadnienia, które doskonale określane były w pracach wykorzystujących motywy floralne – kilka przykładów podałam już nieco wcześniej. Ale na uwagę zasługuje również bardzo klasyczna w wyrazie, utrzymana w czerni i bieli fotografia Alany Lake pt. Nawet nieruchoma (2015). Nie tylko dlatego, że jest piękna sama w sobie, ale też z uwagi na interesującą i nietypową strukturę podłoża. Mowa tu o licznych, nieregularnie rozmieszczonych, poszarpanych dziurach, które powstały w wyniku sporej ilości strzałów wykonanych wiatrówką. Abstrahując od intencji artystki, warto zaznaczyć, że niezwykle miły jest moment zaskoczenia podczas odkrywania tych – na początku kompletnie niewidocznych – elementów, a także sam efekt wizualny, jaki dzięki dziurom tym został osiągnięty. A jeśli już mowa o niezwykłym efekcie wizualnym, to koniecznie należy wspomnieć o przestrzeni pod kopułą, w której usytuowana została interesująca, bo najbardziej niepokojąca moim zdaniem grupa obiektów. Przyznam, że prawdziwą ucztą dla oka okazały się być trzy niepozorne, a bardzo estetyczne i po prostu piękne szklane obiekty autorstwa Michaela Petry’ego, które oczarowują swoją kruchością i bajeczną kolorystyką. Nie inaczej działały na widza chyba najbardziej lubiana przez publiczność grupa wielobarwnych, atrakcyjnych i rytualnych w wyrazie czaszek, które wykonane zostały przez artystę posługującego się jakże pasującym do nich pseudonimem Jim Skull.  Jednak moją uwagę przykuła inna – wyjątkowo mroczna i przerażająca – stworzona przez Roberto Ekholma czarna czaszka, która usytuowana została na kontrastującej, czerwonej Encyklopedii Aberracji. Struktura tego obiektu przypominała nieco deformacje, jakie powstają w wyniku zaatakowania kości przez raka, przez co, że praca ta była jeszcze bardziej niepokojąca. Obszar interpretacyjny poszerzany był dodatkowo poprzez nieco enigmatyczny tytuł (Uzdrowiciel), co sprawiło, że – moim zdaniem – była to jedna z lepszych, obecnych na wystawie prac. Hipnotyzująca i pasjonująca zarazem była natomiast perfekcyjnie udająca naturalne kształty kompozycja „Otoczaków” Krystyny Cybińskiej, posępne Zwierzę (1960) Zdzisława Beksińskiego, a także monumentalna i robiąca prawdziwe wrażenie Embriologia (1978-1980) Magdaleny Abakanowicz.

O zupełnie innym rodzaju piękna można mówić w kontekście niewielkiej pracy Johna Dugdal’e, która wykonana została w przepięknej i niezmiennie oczarowującej mnie technice cyjanotypii. Owy błękit pruski, który uzyskiwany jest dzięki światłoczułości soli żelaza, nie ma według mnie sobie równych i sprawia, że każda praca wykonana w tej technice jest po prostu ładna. Ale w przypadku opisywanych tu Hiacyntów to nie sama odbitka była ważna, a rozczulająca historia, jaka towarzyszyła jej powstawaniu.. Została ona bowiem wykonana przez prawie całkowicie niewidomego artystę, który „by stworzyć fotografie, opisuje najpierw swojemu asystentowi, jak powinna wyglądać kompozycja, a następnie wykonuje z jego pomocą zdjęcie”[4]. W tej samej przestrzeni zgromadzone zostały realizacje tematycznie powiązane z obszarem świata zwierząt i moim zdaniem była to nudniejsza część całej ekspozycji, w której można odczuć już pewien bałagan i przesyt zbyt dużą ilością zgromadzonych tu, nieszczególnych obiektów. I tak rzeczywiście niezmiennie dobrym dowcipem popisał się przed nami Tadeusz Kantor w pracy Toaleta mewy (1975), a wyglądające jak mini-trofea – mały jelonek Elaine Bradford i wypchany królik z wałkami Nancy Fouts rozczuliły. Nie było tu natomiast pracy, która byłaby rzeczywiście pochłaniająca lub też miałaby siłę zatrzymać przy sobie widza na nieco dłużej, niż tylko na chwilę, a szkoda. W miejscu tym można jeszcze wymienić zabawną moim zdaniem Perukę strachu Paula Hazeltona, którą traktowałabym jednak raczej jako formę artystycznego żartu, wykonany z ludzkiej kości nabój Dermota O’Briena, wysmakowane i poruszające obiekty Aliny Szapocznikow oraz niezmiennie piękne i smutne zarazem kościane obrazy Jonasza Sterna.

Wystawa Nature morte została opowiedziana wyjątkowo prostym językiem, który w klarowny sposób obrazował ponadczasowość i atrakcyjność martwej natury. Była to również interesująca próbą uchwycenia aktualnej kondycji starego przecież tematu, jak też w pewnym sensie jego rehabilitacją. Zaprezentowane obiekty pokazały nam, że martwa natura nie musi być nudna, nawet, jeśli inspirowana jest klasycznymi kompozycjami czy nawiązuje do obrazów wielkich mistrzów. I mimo, że spora grupa prac operowała jak dla mnie mnie zbyt oczywistym i niepogłębionym przekazem, to z całą pewnością wystawę tę należało zobaczyć. Nie tylko dlatego, że jej siła tkwiła w prostocie i nieprzekombinowaniu, ale również z uwagi na nieukrywaną ciekawość i prawdziwą przyjemność rodzącą się z jej zwiedzania. Pawilon Czterech Kopuł udostępnił zatem widzom pojemną i czytelną ekspozycję, która miejmy nadzieję, zapoczątkuje naprawdę interesujący i otwarty na świeże spojrzenie kuratorskie, program.

  1. P. Oszczanowski, Wprowadzenie, [w:] Nature morte. Współcześni artyści ożywiają martwą naturę. Przewodnik, red. M. Santarek, Wrocław 2017, s.7.
  2. Wystawę można było zwiedzać w dwóch kierunkach. Zatem uznana przeze mnie za pierwszą sekcja Jedzenie, była jednocześnie sekcją ostatnią.
  3. Fragment tekstu wprowadzającego do sekcji, który znajdował się w przestrzeni ekspozycyjnej.
  4. Patrz: Nature morte. Współcześni artyści ożywiają martwą naturę. Przewodnik,  red. M. Santarek, Wrocław 2017, s.59.

KAMA WRÓBEL (1986) – absolwentka Instytutu Historii Sztuki na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Wrocławskiego. W 2010 roku obroniła pracę magisterską pt. Polska sztuka wideo w latach 1989-1995. W latach 2008-2009 współpracowała z Centrum Sztuki WRO oraz w 2010 roku z nieistniejącą już łódzką Galerią NT. Zajmuje się analizą zjawisk na rynku sztuki oraz wystawiennictwem, jako kurator zorganizowała szereg wystaw w takich miejscach jak Galeria Fotografii Prospero/Lublin, Galeria Sztuki Współczesnej Platon/Wrocław, Galeria w Centrum Kultury Agora/Wrocław. Występuje również jako kurator niezależny. Współpracuje z TIFF Collective, Fundacją Fly with Art oraz wrocławską Galerią Miejską. Teksty jej autorstwa publikowane są na portalach o tematyce artystycznej oraz w magazynach kulturalno-artystycznych.

Dodaj komentarz


Artykuły

Opinie

Rozmowy

Czytelnia

Myślnik

Wydarzenia

Od marionetek do robotów. Historia teatrów lalkowych w Gdańsku

Od 28 czerwca 2017 roku do 15 stycznia 2018 roku

„Bajki robotów”, 2016 r., fot. Piotr Pędziszewski (źródło: materiały prasowe organizatora)

Kobiece spojrzenie. O aktorstwie Antoniny Hoffmann

Od 29 czerwca 2017 roku do 4 lutego 2018 roku

Portret Antoniny Hoffmann autorstwa Julesa Vallenta, 1875, wł. MHK (źródło: materiały prasowe organizatora)

15. Przegląd Sztuki SURVIVAL

Od 23 do 27 czerwca 2017 roku

Dominika Oleś, „Artykulacja” (źródło: materiały prasowe organizatora)

Making Places

Fieldoffice Architects Sheng-Yuan Huang

Od 22 czerwca do 27 sierpnia 2017 roku

Wieża widokowa (źródło: materiały prasowe organizatora)

21. Międzynarodowy Festiwal Nova Muzyka i Architektura

Od 24 czerwca do 2 września 2017 roku

Tubicinatores Gedanenses (źródło: materiały prasowe organizatora)

Kapelusze z głów! Unikatowa kolekcja z Muzeum Novojiczinskiego

Od 20 czerwca do 5 listopada 2017 roku

„Kapelusze z głów! Unikatowa kolekcja z Muzeum Novojiczynskiego” (źródło: materiały prasowe organizatora)

Tak widzą. Panorama fotografii węgierskiej

Od 13 czerwca do 10 września 2017 roku

András Bánkuti, „Zmierzch”, Moskwa, 6 listopada 1990 © Bánkuti András (źródło: materiały prasowe organizatora)

Skarbiec. Złotnictwo archikatedry wrocławskiej

Od 13 czerwca do 24 września 2017 roku

Pastorał Biskupa Georga Koppa (fragment), Wilhem Rauscher, Fulda, ok. 1890, srebro złocone, emalie, kameryzacja, fot. Arkadiusz Podstawka (źródło: materiały prasowe organizatora)

Stanisław Baj. Czarna rzeka

Od 10 czerwca do 9 lipca 2017 roku

Stanisław Baj, „Czarna rzeka” (źródło: materiały prasowe organizatora)

Sploty ducha, wzory codzienności

Sztuka balijska z kolekcji Krzysztofa Musiała

Od 8 czerwca do 20 sierpnia 2017 roku

„Walka kogutów”, 2007 (źródło: materiały prasowe organizatora)

więcej wydarzeń
U have turned off the Artwork.

On the other hand U have become integrated with an interactive art experience.

Yes, U can go back but U can't change the fact that U've been integrated...

In case U want 2 turn the Artwork back on just click one of the other buttons.

CODEMANIPULATOR