Galeria Labirynt w Lublinie: DE – MO – KRA – CJA | wystawa i debata, koordynacja: Waldemar Tatarczuk, współpraca: Paulina Kempisty, 20.05.-10.07.2016 r.

Nagminnie nie zauważano także ponowoczesnego kontekstualizmu, sytuacyjności. To, co w danym czasie i miejscu jest dobre, w innym może okazać się złe. Kapitalizm dla mieszkańców PRL-u był wyzwoleniem, ale dla intelektualistów Zachodu stanowił opresję. Nie wypada jednak mówić o tym w kategoriach dialektyczności (to też ktoś nagminnie wrzucał), bo w obliczu ponowoczesnej nieciągłości i radykalnego pluralizmu po prostu nie można stosować kategorii systemowych. Podobnie jak w postulatach emancypacyjnych używać totalizujących pojęć (a takim jest wszak dialektyka). Lepiej już sięgnąć, za radą Derridy, do Platońskiej idei farmakonu – coś może być trucizną lub lekiem zależnie od okoliczności. Lecz to wymusiłoby porzucenie pozy wszystkowiedzącego eksperta, nie tylko od Sztuki, ale też od Życia. A do tego nikt szczególnie się nie kwapił.

Radek Szlaga, Kolonie; fot. Diana Kołczewska (źródło: dzięki uprzejmości organizatora)

Radek Szlaga, Kolonie; fot. Diana Kołczewska (źródło: dzięki uprzejmości organizatora)

/Powyższy akapit jest dość ryzykowany. Konsultowałem go nawet ze znajomym profesorem filozofii, który utwierdzał mnie w wątpliwościach dotyczących traktowania dialektyczności jako kategorii systemowej. Niemniej mój tok myślenia jest tu następujący: klasyczna Heglowska dialektyka była krytykowana za totalizację na poziomie syntezy. Świadoma tego ponowoczesność wprowadziła dialektykę niekonkluzywną, permanentną, synkretyczną, czyli bez syntezy. Pomija się wszakże moim zdaniem totalność dialektyki na poziomie założenia, że coś znajduje swoje znaczenie, istotność, ważność etc. poprzez dopełnienie swoim zaprzeczeniem, negatywnością, odwrotnością. Myślę, że pomija i dezawuuje to stany pośrednie na rzecz ważności samych skrajności. A po drugie ustanawia prymat relacji wyłącznie konfliktowych. Czyli: wyłącznie walka, rewolucja, negacja, a gdzie te wszystkie naddeterminacje (jak wolność, miłość i kreatywność), osmozy, iteracje, nie wspominając tych różnych egzotycznych „wu-wei”? A przede wszystkim: życie jako nieustanna szarpanina?… Problematyczność tych wyjściowych dla dialektyki różnic znalazła zapewne swój wyraz w idei nowoczesności nieheroicznej (Marshall Berman), zdezorganizowanej (Scott Lash) czy płynnej (Bauman). Zatem teza ryzykowana, ale w moim przekonaniu warta przemyślenia. A przynajmniej dystansująca od naiwnego uwielbienia dialektyki i dialektyczności./

Irytował mnie też często deklarowany emancypacyjny ton wypowiedzi. I nie dlatego, abym chciał bronić tradycyjnych, niezmiennych tożsamości, lecz właśnie z powodu ich… anachroniczności. Ortodoksja marksizmu dowodziła, że to walka klas ma nas wyzwolić z bardziej ogólnych uwarunkowań – etnicznych, rasowych, religijnych etc. Kiedyś było to może słuszne, ale już nie dzisiaj. Nie wystarczy też troska o różnego rodzaju mniejszości. Potrzebujemy bowiem emancypacji bardziej radykalnej – na poziomie jednostkowej podmiotowości. Dziś już wiemy, że wszelka tożsamość nas ogranicza (choć i urealnia). Wiemy, że biali mężczyźni w pewnych sytuacjach także mogą być mniejszością opresjonowaną (tygodniowy zapis takich moich doświadczeń wielokrotnie przekroczyłby pojemność tego tekstu).

O formie aktualnych podmiotowości należy nieustannie dyskutować, ale jednak pora żegnać się już z praktyką bezpodmiotowości znaną nam właśnie z figur walki klas, bezosobowej gry dyskursów, z władzy/wiedzy (Foucault), systemu eksperckiego (Giddens) czy samoreprodukującego się (Luhmann). Obiecujące wydaje się tu, dla przykładu, myślenie postafiliacyjne (Robet Castel) czy ekonomia pojedynczości Luca Boltansky’ego. Rzeczy wartych przemyślenia w tym temacie jest niesłychanie wiele: od multifrenii (Mary Gergen) przez wielość minimalnych podmiotów (Galen Strawson), strategię agonu (Harold Blum) aż po myślenie postspołeczne, w którym podmiot jest systemową kontekstualizacją i nie jest konstruowany w relacji do miejsc i ról społecznych, lecz przede wszystkim w stosunku do samego siebie, jako świadomość własnych praw (Alain Touraine); w którym ogólność zostaje zinterioryzowana. Oczywiście należy przy tym starannie odróżniać podmiot eskapistyczny, wycofany czy epizodyka (człowieka bez właściwości) od tego samodzielnego, samostanowiącego i podejmującego na nowo trud melioracji ogólnego i pojedynczego. Sztuka moim zdaniem może jedynie tworzyć sprzyjające okoliczności i motywację do budowania własnej, samodzielnej podmiotowości. Narzucanie nawet „słusznej” tożsamości, poglądów czy roli zawsze stanowi rodzaj manipulacji, czyli dokładnego zaprzeczenia sztuki.

Ubolewać nad schematyzmem, redukcjonizmem, tylko symulowaną kreatywnością i krytycznością (post)marksizmu można by dłużej. Najkrócej mówiąc: sztuka zamieniona w narzędzie funkcjonalizacji naszej codzienności nie uzyskuje bynajmniej wymiaru emancypacyjnego, lecz go zatraca. Traci szanse na doświadczania tego, co inne. I nawet Ranciere się z tym zgadza, namawiając do szacunku dla osobliwości sztuki.

Pora zadać pytanie, które powinno było paść na początku: czy demokracja musi być definiowana przez język, pojęcia i wyobraźnię (post)marksizmu, lewicowości oraz przez wynikające z nich (sic!) problemy? Moim zdaniem to stanowczo zbyt daleko idące uproszczenie: demokracja wcale nie jest tylko marksistowska.

Od lewej: Tomasz Kozak, Demokracja niemowląt, 2014; Janusz Bałdyga, Miejsca znaczone, 2006; fot. Lesław Skwarski (źródło: dzięki uprzejmości organizatora)

Od lewej: Tomasz Kozak, Demokracja niemowląt, 2014; Janusz Bałdyga, Miejsca znaczone, 2006; fot. Lesław Skwarski (źródło: dzięki uprzejmości organizatora)

W trakcie dyskusji powiedziałem nieśmiało, że nie ma czegoś takiego jak demokracja, a tylko wiele jej modeli (demokracje w liczbie mnogiej). A wszystkie niedoskonałe, wewnętrznie sprzeczne, dane raczej jako zadanie, jako nadzieja, wyzwanie, rzecz do zrobienia i nieustannej praktycznej weryfikacji. To chyba zresztą upodabnia ją nieco do sztuki. Jak więc możliwa jest tu zaciekła obrona i takaż walka o demokrację (a pojawił się na mównicy również awatar Wandy Wasilewskiej)? Wszak oznaczałoby to, że mamy monopol na demokrację, że posiadamy tę „jedyną, właściwą i prawdziwą” jej postać. Mówiłem też, że demokrację można praktykować tylko poprzez współuczestnictwo, czyli koegzystencję z innymi ludźmi, a nie przez ich wykluczanie z demokracji. Wątek ten upadł, bo ponoć był dyskutowany wcześniej. Nie zdążyłem zatem dorzucić, że przecież ich Wielki Zły wygrał wybory nie dlatego, że deklarował wolę walki z demokracją, lecz z przywilejami i uzurpacjami jej samozwańczych dysponentów. A niestety wypowiedzi niektórych, zwłaszcza uczestniczek konferencji, momentami mogły takie sugestie potwierdzać. Bo jeśli woła się, że obrona demokracji polega na walce o dalsze utrzymanie regularności zakupów prac oficjalnych artystów (deklarujących się jednocześnie jako niezależni), to czym się to różni od walki o utrzymanie dotychczasowych przywilejów? Oczywiście sprytnym wybiegiem miało być tu konsekwentne odwoływanie się do lewicy klasowej, a nie kulturowej, dzięki czemu politykę można bez reszty zredukować do neoliberalnej troski o własny interes.

W zasadzie wszyscy mówcy i dyskutanci zgadzali się z ideami demokracji wiodącej od dołu do góry. Z demokracją uczestniczącą. Jednak i tu są pewne niebezpieczeństwa. Jakiś rok temu przeglądałem kolejny numer „Krytyki Politycznej” (nr 40–41/2015), gdzie jeden z prominentnych eksportowych artystów, zasiadający w radach programowych „ważnych centr” etc., tym razem wcielił się w rolę „ludu”. Nie tyle już go reprezentował czy walczył o niego, lecz dosłownie się nim stał, gdy wraz z kilkoma kolegami jeździł po „ważnych centrach sztuki” i kazał dyrektorom tłumaczyć się z… elitaryzmu. To szczyty obłudy i zakłamania, które każą patrzeć na polską sztukę zaangażowaną jako farsę. Jako cwaniactwo, które nie bije się o żadną sprawiedliwość czy wolność, lecz o ustanowienie samowystarczalnych elit, zależnie od potrzeby stających się też… ludem. Aktyw „zarządzania masami”, orędownicy postpodmiotowego posthumanizmu, okazują się teraz prekursorami demokracji bezpośredniej i samodzielnej pojedynczej podmiotowości?… Chyba tylko kwestią czasu jest, kiedy zaczną bronić interesów prawicy i tradycji. Po prostu: maladaptacja, a nie żadne zaangażowanie społeczne. Jeśli godzimy się na to, a nie słyszałem sprzeciwów, to nie mamy prawa domagać się uwagi dla sztuki, która traci resztki swojej wiarygodności. Niestety akceptacja takich „sprytnych” transformacji i przepakowań jest u nas nagminna. Nierzadko przecież ci sami ludzie są zamiennie kuratorami, krytykami, artystami, zasiadają w jury, w komisjach grantów i w swoim własnym zamkniętym gronie odbywają publiczne debaty o… różnorodności sztuki (a czasami i o demokracji). W normalnym świecie takie łamanie kompetencji prowadzi do utraty wiarygodności. A u nas? Do monopolu i potem nieuchronnie do buntu „mas?

*

Praktykowana podobno (ja w to nie bardzo wierzę) u nas demokracja reprezentacyjna ma dwa wąskie gardła. A zatem i dwa felery, których do tej pory nie udało się niestety pozbyć. Najpierw trzeba bowiem ustalić, jakie wartości i czyje interesy będą reprezentowane, a czyje pomijane. Sama legislacja i instytucje demokratyczne niczego nie rozwiążą, jeśli nie ma… kultury demokratycznej, czyli praktykowania jakości przez wolnych i odpowiedzialnych obywateli. A przede wszystkim zaangażowanych, uczestniczących, nie tylko delegujących swój bezwład na telewizyjnie wyraziste, bo „kontrowersyjne” pacynki.

SŁAWOMIR MARZEC – profesor Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie i Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, artysta wizualny, autor blisko 100 wystaw indywidualnych oraz licznych publikacji z pogranicza teorii i krytyki artystycznej.

Dodaj komentarz


Recenzje

Opinie

Rozmowy

Czytelnia

Myślnik

Wydarzenia

JEMS Architekci. (RE)KOLEKCJE

Od 28 kwietnia do 20 sierpnia 2017 roku

Międzynarodowe Centrum Kongresowe w Katowicach, 2015 (źródło: materiały prasowe organizatora)

Anna Przybył. Pragnienia

25 kwietnia 2017 roku

Anna Przybył, „Pragnienia” (źródło: materiały prasowe wydawcy)

14. Wiosna Jazzowa Zakopane 2017

Od 28 kwietna do 2 maja 2017 roku

Mateusz Gawęda Trio (źródło: materiały prasowe organizatora)

Zuza Golińska / Magdalena Łazarczyk. Niewidzialna ściana

Od 28 kwietnia do 1 czerwca 2017 roku

Zuza Golińska / Magdalena Łazarczyk, stopklatka z wideo „Niewidzialna Ściana”, 2017 (źródło: materiały prasowe organizatora)

Sztuka w sztuce

Od 28 kwietnia do 1 października 2017 roku

Tezi Gabunia, „Włóż głowę do galerii (Luwr”), 2015–2016, instalacja, 50 × 82 × 50 cm, dzięki uprzejmości T. Gabunii, Popiashvili Gvaberidze Window Project, Tbilisi (źródło: materiały prasowe organizatora)

Tu jesteśmy

Wybrane prace z kolekcji Krzysztofa Musiała

Od 28 kwietnia do 15 sierpnia 2017 roku

Henryk Stażewski, „Kompozycja nr 33”, 1975, akryl, płyta, fot. Agata Ciołek (źródło: materiały prasowe organizatora)

Bratislava pro Wratislavia / Wratislavia pro Bratislava

Od 27 kwietnia do 3 czerwca 2017 roku

Martin Špirec, „Morze spokoju”, 2015 (źródło: materiały prasowe organizatora)

Okupanci. Niemcy w Krakowie

Od 27 kwietnia do 29 października 2017 roku

Żołnierz niemiecki na moście Dębnickim pozujący do zdjęcia na tle Wawelu. Na rewersie odręczny podpis: „Przed wyruszeniem transportu z Krakowa do Berdyczowa” (źródło: materiały prasowe organizatora)

Presja istnienia

Od 21 kwietnia do 12 maja 2017 roku

Piotr Ambroziak, „Urban cave III”, akryl, spray, 2017 (źródło: materiały autora)

Henryk Stażewski. Kolekcja sztuki XX wieku

Od 21 kwietnia do 11 czerwca 2017 roku

Henryk Stażewski, bez tytułu, poł 70. XX ., fot. © Muzeum Narodowe w Gdańsku (źródło: materiały prasowe organizatora)

więcej wydarzeń
U have turned off the Artwork.

On the other hand U have become integrated with an interactive art experience.

Yes, U can go back but U can't change the fact that U've been integrated...

In case U want 2 turn the Artwork back on just click one of the other buttons.

CODEMANIPULATOR