Galeria Labirynt w Lublinie: DE – MO – KRA – CJA | wystawa i debata, koordynacja: Waldemar Tatarczuk, współpraca: Paulina Kempisty, 20.05.-10.07.2016 r.

W lubelskim Labiryncie odbyła się z niebywałym rozmachem i zaangażowaniem Waldka Tatarczuka dwudniowa debata połączona z wystawą zatytułowana De-mo-kra-cja. Zajrzałem tam przelotnie dwa razy, więc nie uzurpuję sobie prawa do jej obiektywnego sprawozdania. Poniżej więc raczej osobiste wątpliwości i (auto)refleksje à propos, sprowokowane kilkoma zasłyszanymi tam frazami.

Slavs and Tatars, Za waszą i naszą wolność, 2013, sitodruk; dzięki uprzejmości Galerii Raster (źródło: materiały organizatora)

Slavs and Tatars, Za waszą i naszą wolność, 2013, sitodruk; dzięki uprzejmości Galerii Raster (źródło: materiały organizatora)

Nie można było oprzeć się wrażeniu, że całe zdarzenie pomyślane zostało jako rodzaj manifestacji KOD środowiska sztuki. Zaproszeni zostali – i w większości przypadków przybyli – wszyscy „ważni artyści i krytycy ważnych ośrodków”, których aktywność w jakimkolwiek stopniu jest przeniknięta troską społeczną. I posiadający skłonności raczej radykalnie lewicowe, co zresztą niesłychanie homogenizowało dyskusje. Muszę dodać na wstępie, że nie zostałem zaproszony, żyjąc poza festiwalowym mainstreamem, krytykując go i publikując teksty nawołujące do walki nie tylko z tradycyjnymi, ale też aktualnymi absolutyzacjami i redukcjonizmami. Raczej daremnie. Nawet bardzo.

I stało się to, co stać się musiało wcześniej czy później. Widzowie traktowani jako masa, jako materiał do „rzeźb społecznych”, (re)edukacji, modernizacji etc. za chwilę przestaną – zdaje się – finansować tych, którzy traktują ich jako… masę. W demokratycznym kraju jest to dość oczywista reakcja, więc właściwie należałoby raczej czuć satysfakcję. Wszak Luc Boltansky dowodził niedawno, że polityka lewicowa (a tylko ta była tu przywoływana) może być jedynie samoznosząca – lecząc coś, staje się zbędna.

Na wstępie muszę wyznać, że wobec aktualnego na naszym krajowym poletku sztuki sporu „obrońców demokracji” z „autentycznie wyklętymi” pozostaję obojętny. Ani tu, ani tam. Nie bawi mnie wyścig o miano najbardziej pomijanego przez „niedawny reżim”, w którym to uczestniczą najczęściej ludzie przez lata skwapliwie go obsługujący. Muszę też dodać, że od bodaj dziesięciu lat w ogóle nie chodzę na wybory. Moim zdaniem bowiem demokracja przedstawicielska już się przeżyła, należy rozdać obywatelom pagery do głosowania (rozdać je tylko tym, którzy zdadzą egzamin z podstawowej wiedzy społecznej) i praktykować jakiś rodzaj demokracji bezpośredniej. Mam też silną awersję do sztuki partyjnej, i to wszelkiej maści. Nie podobają mi się ani kolonizacyjne „modernizacje”, ani przymusowe „jasełka”. W moim przekonaniu marketingowa gra politycznych sloganów i medialnych wydarzeń nie ma nic wspólnego ze sztuką rozumianą jako – tu skromny autocytat – „istotne doświadczenie widzialności i deliberacja nad rozumieniem tejże istotności i tejże widzialności”. Lokuje mnie to na zapadłych marginesach życia artystycznego, ale trwam tam w nadziei, że wszystko mija, również aktualne „ostateczne aktualności”. Nie mam jednak zamiaru pozwolić się definiować poprzez spór PIS–KOD. Zatem piszę, co następuje.

*

Tematy i problemy poruszane podczas De-mo-kra-cji były zróżnicowane, jednak stanowiły w moim odczuciu pochodną kilku podstawowych założeń. W zasadzie cały czas wisiał w powietrzu neon, gorejący mocą wyobraźni, z napisem „wszystko jest polityką”, a w związku z tym sztuka jest pochodną wyborów politycznych. W kilku wypowiedziach wręcz podkreślano, że ważnymi artystami są tylko ci, którzy dobrze realizują idee lewicy klasowej (a nie kulturowej). Słabymi zaś artystami są ci, którzy tego nie robią. Nie może więc być dobrym artystą liberał czy republikanin, tak jak złym artystą nie może być lewicowiec. I chyba nie tylko moja szczęka opadała w zdumieniu, gdy tego słuchałem.

Artur Żmijewski, Julia Petelska, Gaja Wasilewska, Bez tytułu, 2016; fot. Diana Kołczewska (źródło: dzięki uprzejmości organizatora)

Artur Żmijewski, Julia Petelska, Gaja Wasilewska, Bez tytułu, 2016; fot. Diana Kołczewska (źródło: dzięki uprzejmości organizatora)

Założenie, że wszystko da się sprowadzić i/lub następnie wyprowadzić z polityki, wykpiwałem już na różnych łamach po wielokroć i do nich odsyłam. Ono samo jest stricte polityczne i oznacza wręcz akces do ortodoksji marksistowskiej. Żadna inna filozofia tak skrajnego redukcjonizmu dziś nie akceptuje. Dodatkowym warunkiem tego jest bowiem, między innymi, redefinicja samej polityki – z troski o dobro wspólne czy choćby poszukiwanie konsensusu – do jednej jedynej zasady: walki wszystkich ze wszystkimi o wszystko (współczesna wersja walki klas), dzięki czemu idee emancypacji mylą się nagminnie z neoliberalnymi hasłami wolności jednostkowej. Zwłaszcza artywistom i to głównie wówczas, gdy dotyczą ich samych. Jak bowiem w systemie organizowanym wyłącznie przez historycznie przygodne dyskursy społeczne (i ewentualnie bezpodmiotową ekonomię libidalną) możliwa jest jednostkowa podmiotowość, kreatywność, krytyczność? Czysta magia i czarodziejstwo.

Oczywiście obecna walka wszystkich ze wszystkimi odbywa się głównie na stanowienie reguł, norm, ich projektowanie, narzucanie, perswadowanie; na przejmowanie instytucji, redystrybucję subwencji i obecność w massmediach. Wcześniej czy później okazuje się, że uwikłana w takie działania sztuka staje się – jak to delikatnie nazywa Peter Sloterdijk – maladaptacją, modelem wszelkich koniunkturalnych adaptacji, majonych zawołaniami o rewolucji, buncie, sprawiedliwości etc. W praktyce zresztą walka przeciw marginalizacji okazuje się najczęściej marginalizacją… konkurencji pod hasłami walki z… niewłaściwą marginalizacją. Takie uwspółcześnione reanimacje Saint-Justa, że nie ma wolności bez zgładzenia jej wrogów, stanowią rachityczny anachronizm w dzisiejszym świecie chybotliwych separacji, przemiennych ról, gdzie raczej dąży się do meliorowania (Shusterman) wielowymiarowych współzależności. No, ale to nie jest widowiskowe ani nawet kontrowersyjne, więc i zalecać tego w tym gronie nie wypadało.

Mój dystans wobec tradycji marksizmu wynika nie tylko z doświadczeń jego wielorakich wykoślawień w ramach PRL-u, ale nade wszystko z jego totalizujących roszczeń – chce bowiem organizować całość naszego życia społecznego i wewnętrznego. Redukując przy tym wszystko do samych uwarunkowań, i to na poziomie podstawowym. Wolność, ale za cenę redukcji do fizjologii. Sprawiedliwość, ale na poziomie roszczeń. Równość, ale na poziomie popędu seksualnego. Racjonalność, ale na poziomie performatywności kulturowego konstruktywizmu. Kreatywność, ale utożsamiona z życiowym sprytem. Oczywiście przesadzam, okropnie przesadzam, ale nie aż tak bardzo, jak na pierwszy rzut oka się wydaje. W każdym razie nie wszystko jest polityką, a podejrzewam ponadto, że artysta zasługujący na swoje miano nie ma dziś na poziomie ideologicznym żadnych poglądów. Jeśli bowiem sztuka ma być rodzajem doświadczenia wolności, to jej punktem wyjścia (a tym bardziej spełnieniem i kryterium weryfikacji) nie może być doktryna polityczna. Nawet jeśli przybiera ona pozę anty- czy postdoktryny.

*

Kilka razy na tej konferencji używano z emfazą pojęcia „walczącej sztuki postępowej”, emancypacyjnej. Zupełnie nie zauważano przy tym, że dość dawno zdechł już sam mit postępu, rewolucji, a dogorywa też baśń modernizacji. I elit tymi procesami zarządzających. To spory problem, lecz raczej natury estetycznej: jak zachować elity pozbawione tradycyjnych ról i legitymizacji – jako idoli, celebrytów, skansen? Natomiast stoją przed nami ogromne problemy natury ekologicznej, demograficznej, energetycznej etc., na które od lat nie znajdujemy nawet doraźnych rozwiązań. One narastają, a odymianie ich naftaliną przeradykalizowania tego, co kiedyś było rewolucyjne, raczej tylko wzmaga apatię. Oczywiście mit rewolucji dość płynnie przeszedł w kolejny mit – rewitalizacji przez destrukcję: wystarczy coś rozpieprzyć, aby samo ułożyło się na nowo. I to lepiej. Naiwność takich nadziei chyba nikogo już nie przekonuje.

Strony: 1 2 3

Dodaj komentarz


Artykuły

Recenzje

Rozmowy

Czytelnia

Myślnik

Wydarzenia

Nieczytelność. Palimpsesty

Od 16 grudnia 2016 roku do 30 marca 2017 roku

Piotr Korzeniowski, „Szum I”, 2015, dzięki uprzejmości artysty (źródło: materiały prasowe organizatora wystawy)

Diana Grabowska. XM

Od 12 do 22 grudnia 2016 roku

Diana Grabowska, „Z głowy”, 2015 (źródło: materiały prasowe organizatora)

Komu bije Dada?

Od 9 grudnia 2016 roku do 5 lutego 2017 roku

Wystawa „Komu bije Dada?” (źródło: materiały prasowe organizatora)

Jutro nie przyjdzie nigdy. Mirosław Bałka i Katarzyna Krakowiak

Od 25 listopada 2016 roku do 5 stycznia 2017 roku

Mirosław Bałka i Katarzyna Krakowiak, „Jutro nie przyjdzie nigdy”, fot. Maciek Zaniewski (źródło: materiały prasowe organizatora)

Yang Shuanglin – współczesny chiński wenren: malarz i erudyta

Od 6 grudnia 2016 roku do 31 stycznia 2017 roku

Yang Shuanglin, „Źródło rzeki” (źródło: materiały prasowe organizatora)

Marta Kochanek-Zbroja. Kalejdoskop

Od 2 grudnia 2016 roku do 28 lutego 2017 roku

Marta Kochanek-Zbroja, „Kalejdoskop”, wizualizacja (źródło: materiały prasowe organizatora)

Festiwal Dramatu

Od 1 do 6 grudnia 2016 roku

„Garnitur prezydenta”, fot. Tomasz Augustyn (źródło: materiały prasowe organizatora)

Kropka w kropkę. Muzealne mody

Od 25 listopada 2016 roku do 1 stycznia 2017 roku

„Kropka w kropkę” – plakat Anna Halarewicz (źródło: materiały prasowe organizatora)

Coming Out – Najlepsze Dyplomy ASP 2016

Od 25 listopada do 11 grudnia 2016 roku

Joanna Pieczyńska, „Z natury”, przykład farbowania krokoszem barwierskim (źródło: materiały prasowe organizatora)

David Cronenberg. Evolution

Od 14 listopada 2016 roku do 26 marca 2017 roku

„Potomstwo”, 1979, reż. David Cronenberg (źródło: materiały prasowe organizatora)

więcej wydarzeń
U have turned off the Artwork.

On the other hand U have become integrated with an interactive art experience.

Yes, U can go back but U can't change the fact that U've been integrated...

In case U want 2 turn the Artwork back on just click one of the other buttons.

CODEMANIPULATOR