32. Warszawski Festiwal Filmowy, 07-16.10.2016 r.

Idea festiwalu w dzisiejszych, cyfrowych czasach świeci blaskiem paradoksu. Gdy dostęp do X muzy stał się praktycznie nieograniczony, a kolejne premiery lub klasykę kina możemy nadrabiać, dajmy na to, w metrze czy tramwaju, niemal całkowicie uleciała kolektywna magia, którą gwarantowało wspólne spotkanie w wolnej od świateł sali i późniejsza dyskusja. Erę Cinema Paradiso wyparły współczesne Dziwne dni. Ale nieoczekiwanie nastąpiło sprzężenie zwrotne, frekwencyjny skok zainteresowania festiwalami. Docs Against Gravity z ręką na pulsie rzeczywistości, obłożone kultem Nowe Horyzonty, konsolidująca branżę filmową Gdynia i właśnie Warszawa, forpoczta europejskiego kina z międzynarodowym Konkursem Głównym.

„Przeobrażenie”, reż. Michael O'Shea (źródło: materiały organizatora)

„Przeobrażenie”, reż. Michael O’Shea (źródło: materiały organizatora)

Pisząc górnolotnie, festiwale stworzyły przestrzeń, w której czas zmienia swój charakter. W tych krótkich, kilkudniowych okresach nadajemy mu nasz, kinofilski porządek. Czas seansu to bezczas powtarzany wielokrotnie. Horyzont codzienności wyznaczają obrazy wypełnione historiami – sklepikarki z Filipin wiążącej koniec z końcem dystrybucją narkotyków, młodego chłopca, który myśli, że jest wampirem czy pisarza po dekadach odwiedzającego miejsce swojego urodzenia. Każda z nich, tak samo ważna i wyraźna, towarzyszy nam za dnia, po czym schodzi w głąb pamięci. Dlatego zupełnie nie dziwi słowo skarb, którym wita nas ze wstępniaka tegorocznego katalogu dyrektor WFF, Stefan Laudyn.

Gloria victis

Zacznijmy więc od skarbów, esencji każdego festiwalu. Brytyjska kapela I Like Trains, w brzmieniach której Joy Division spotyka The National, wreszcie dostała życiową szansę na wyjście z niszy. Kontrakt z wpływową wytwórnią został podpisany, trasa koncertowa zaplanowana, bilety wyprzedane. Pozostała tylko sława, efekt lat pracy połączonych z masą wyrzeczeń, pisaniem po nocach i gościnnymi występami, organizowanymi własnym nakładem czasu. Jednak na pięć minut przez aplauzem szerokiej publiczności zadzwonił telefon, bynajmniej nie z gratulacjami, a z informacją, że wytwórnia upada, przyszedł po nią kryzys, jak po wiele instytucji od połowy 2007 roku. Podmuch pękniętej bańki finansowej zmiótł atrament z intratnych dokumentów, zabierając przy okazji marzenia o zaistnieniu. Na promienistej drodze trainsów nagle pojawił się nakaz zawracania w kierunku status quo, do znanego modelu: najpierw praca, potem hobby. Czyli pragmatyzm albo tułaczka, artystyczny konflikt tragiczny znany z coenowskiego Inside Llewyn Davis.

Okryty ciepłą melancholią Rozwód przed ślubem posiada zresztą wspólną z Coenami ideę – składa hołd wszystkim muzykom, o których prawdopodobnie nigdy nie usłyszymy. Przykryci sukcesami innych grup, zmieleni w trybach show-biznesu lub trafieni rykoszetem pecha, w filmie Matthew Hopkinsa i Bena Lankestera stają się personifikacją muzyki płynącej z głębi serca, a nie wnętrza portfela. Gorycz zderzenia Brytyjczyków z rzeczywistością przynosi lekcję pokory, pozwala spojrzeć na siebie z dystansu i skupić na tym, co najważniejsze – wspólnym graniu, choćby dla rozerwania ciszy w eterze.

„Zabliźnione serca”, reż. Radu Jude (źródło: materiały organizatora)

„Zabliźnione serca”, reż. Radu Jude (źródło: materiały organizatora)

Istnienie

Wyborną reżyserską formę utrzymuje Radu Jude (Aferim!) w nagrodzonych w Locarno Zabliźnionych sercach. Na poły autobiograficzna kronika powolnego umierania rumuńskiego pisarza Maxa Blechera, przypomina młodopolską Śmierć Ignacego Dąbrowskiego. Dąbrowski, podobnie jak Blecher, w młodości przykuty do łóżka przez gruźlicę, przedwcześnie żegnał się z życiem. Miał jednak więcej szczęścia od kolegi po piórze, śmierć z kaprysu mu odpuściła. Wrócił do zdrowia i pisał dalej. Przywołany ze wspomnień drobiazgowy opis pochodu choroby, która z tygodnia na tydzień, miesiąc po miesiącu zabiera funt ciała i cząstkę egzystencji, szczęśliwie był dla Dąbrowskiego czasem przeszłym. Blecher z łóżka już nigdy nie wstał.

Literackie Zabliźnione serca krytycy nazwali Czarodziejską górą à rebours. Ich filmowa adaptacja to z kolei krzywe odbicie Młodości Paolo Sorrentino, usilnie porównywanej z arcydziełem niemieckiego pisarza. Malowniczo położony, ekskluzywny kurort był u Sorrentino idyllicznym pejzażem dla dysput o przenikaniu się sztuki z życiem, słodko-gorzkich introspekcji czy tworzenia opus magnum. U Jude nadmorskie sanatorium jest areną kaźni, miejscem rozkładu ciała i umysłu, pudrowaną umieralnią. Z pozornie niegroźnym schorzeniem przybywa doń młody student Emanuel, by zaznać odpoczynku i poddać się rekonwalescencji. Tyle że punkcja kręgosłupa, zgodnie z planem jedyny punkt programu, to dopiero początek długiej listy. Po trzymaniu kul w pionie następuje trzymanie poręczy w poziomie, usztywnienie gipsem, kolejna seria badań, ponowne nakłuwanie. I niewyobrażalny ból, ten czynny, płynący z lędźwi do mózgu przez przebijane igłą tkanki, po bierny, przymus bezruchu, wieczne swędzenie i smród spod białego pancerza. Personel medyczny – z zasobem wiedzy w kształcie szwajcarskiego sera, diagnozami wystawianymi metodą chybił-trafił i techniką na poziomie średniowiecznych tortur – rozwój choroby dziwi nie mniej od samego pacjenta. Tak, to ten stopień zaawansowania hospitalizacji, co w The Knick Soderbergha. Lekarze podczas terapii bardziej obserwują reakcje ludzkiego ciała na kombinacje medykamentów niż dostosowują odpowiednią kurację pod dany przypadek kliniczny. Równie dobrze można od razu położyć się w trumnie z kwiatami, co notabene kamera Mariusa Panduru cyklicznie zaznacza. Skutecznie pomaga w tym lek najgorszy ze wszystkich, nadzieja – wysłanniczka śmierci ubrana w iluzję trwania, przesłaniającą świadomość końca. Podawana bez limitu najpierw przez rodzinę i przyjaciół potem kochankę, wreszcie – przez samego siebie. Pod jej całunem umiera Emanuel, bohater Zabliźnionych serc. W rok później odchodzi sam autor, po dekadzie cierpienia, skończywszy dwudziestą ósmą wiosnę swojego życia.

„Mama Rosa”, reż. Brillante Mendoza (źródło: materiały organizatora)

„Mama Rosa”, reż. Brillante Mendoza (źródło: materiały organizatora)

Niewidoczni

W programie warszawskiego festiwalu nie mogło zabraknąć kina społecznego. Najlepiej spośród przedstawicieli tego nurtu wypadła Mama Rosa Brillante Mendozy. Filipińczyk bodaj jako jedyny nie popadł w depresyjne klisze (Bez Boga Ralitzy Petrovej) lub publicystyczne krzyki (Słońce, to słońce mnie oślepiło Anki i Wilhelma Sasnali). Na tle pozostałych wyróżnił się co prawda rodzimy Plac zabaw Bartosza Kowalskiego, ale pisanie o nim bez od zdradzenia szokującego zakończenia obrodziłoby masą ogólników. Poza tym od 18 listopada film można oglądać w kinach.

Artystyczne zwycięstwo Mendozy, oprócz niebywałej biegłości reżyserskiej, leży przede wszystkim w rezygnacji z pokusy kreowania bohatera ludu czy kalkulowanej gry na emocjach. Wypisz, wymaluj zbiory pułapek w jakie zazwyczaj wpadają tzw. zaangażowani twórcy, ostatnio choćby Ken Loach. U Mendozy ani przez chwilę nie mamy wrażenia, że Rosa, biedna sklepikarka z Manili handlująca narkotykami jest kimś więcej niż kobietą z głową na karku i godnością w sercu, która niczym Rosetta braci Dardenne musi czasem przejść na ciemną stroną mocy, żeby przetrwać. Autora Kinataya nie interesuje reportaż interwencyjny, holistyczny obraz filipińskiej biedoty bądź odlewanie figur z brązu. Wierzy w dokumentalną siłę obrazu, realizm spod znaku rumuńskiej nowej fali. Murem stoi za Rosą-człowiekiem, reszta jest scenografią dramatu. Zachwyca przy tym eklektyzmem. Gdy aranżuje policyjny nalot, robi to niczym Gareth Evans w Raidzie zasiewa ciszę przed burzą, by potem uderzyć z hukowego działa – gdy sięga po home invasion wykręca go na drugą stronę mieszając psychologiczną przemoc Funny Games Michaela Hanekego z opresyjnym poczuciem bezradności Długu Krzysztofa Krauze. Ale potem zawsze wraca do swojej opowieści o Rosie Reyes, której zapasy z życiem nie kończą się na przerwanym ujęciu. Medoza wie, że był jej towarzyszem zaledwie jedną noc, po której przecież przyjdzie dzień i rozpocznie kolejną walkę o utrzymanie się na powierzchni. Świadomość tego faktu czyni Mamę Rosę jeszcze bardziej przejmującą.

Codzienność nie obchodzi się zbyt gładko także z bohaterem Przeobrażenia, błyskotliwego debiutu Michaela O’Shea. Milo, młody czarnoskóry chłopak, właściwie dzieciak, niedawno stracił matkę, która na własne życzenie pożegnała się ze światem, adres ojca pozostaje nieznany, a starszy brat otoczył się murem z każdej strony. Nastoletni Milo zostaje więc sam, wśród nieprzyjemnych miejsc zasiedlanych przez nieprzyjemnych ludzi. Przyjaciela odnajduje poza światem materialnym, w głębi mitu o wielkim samotniku z Transylwanii. Korzysta z dorobku kina (Nosferatu Muraua) i literatury (Dracula Stokera), w specjalnym zeszycie tworzy kompendium wiedzy o wampirach z podziałem na tropy kulturowe. Finalnie, przyjmuje tożsamość jednego z nich. Czarny kwadrat w kalendarzu oznacza noc łowów, czas kosztowania krwi. Ale Milo nie jest wampirem, tylko człowiekiem. Gęsty, czerwony płyn wysysany z ludzkich organizmów natychmiast wraca w postaci wymiotów. W przeciwieństwie do ofiar.

Jak w najlepszych dokonaniach gatunku, groza Przeobrażenia wyrasta z dramatu, a lęki mają psychologiczny rodowód. Krew, którą matka Milo upuściła sobie z żył staje się traumą i fetyszem, popędem życia i pędem ku śmierci. Bo prawdziwy strach przynosi wspomniana codzienność – smutna, bezwzględna i niesprawiedliwa, z naczelnym prawem siły napędzanym moralnością Kalego. W pokrywającym wszystko oceanie samotności.

„Koniec”, reż. Guillaume Nicloux (źródło: materiały organizatora)

„Koniec”, reż. Guillaume Nicloux (źródło: materiały organizatora)

Odbitka z ksero i chybiona awangarda

Niestety w morzu festiwalowych propozycji prócz pereł trafiały się sinice. Na przykład Księżycowe kundle Philipa Johna, bodaj największy filmowy falsyfikat jaki w życiu widziałem. Historia dwóch kompletnie różnych braci – śmieszka Michaela i mruka Thora, którzy w trakcie pretekstowej podróży poznają dziewczynę o twarzy Megan Fox bez makijażu i zblazowanym charakterze ukrytym pod punkowym pazurem – raz pchnięta w ruch prze ciężko do przodu przez wszystkie punkty z podręcznika upadłego kopisty, aż do spektakularnej kraksy o ścianę banału, odtrąbionego niczym objawienie. Prostacki humor sąsiaduje z festiwalem sucharów rodem z benefisu Karola Strasburgera, lekkość gatunku coming of age wypiera ciężkostrawny bigos pomysłów podpatrzonych na Sundance, a szaleństwo młodości zastąpiła najnudniejsza scena narkotykowego tripu w historii kina. Za przeproszeniem: na Księżyc z takimi okazami!

Z pewnością nie z tej ziemi spłynęła na Guillaume Nicloux wena do napisania Końca. Hermetyczny eksperyment z błąkającym się po kniejach przez bitą godzinę Gérardem Depardieu przypomina zawoalowany żart pod płaszczykiem przypowieści, puszczony z partyzanta w towarzystwie dla sztubackiej zgrywy. Jednak w przeciwieństwie do takiego dekonstrukcyjnego majstersztyku jak W pionie Alaina Guiraudie, u Nicloux nie bardzo wiadomo gdzie reżyser schował wywrotowość spektaklu. Jedynym interesującym elementem Końca jest sposób ogrywania przed kamerą monstrualnego ciała Depardieu. Francuz z rosyjskim paszportem wygląda jakby mieszkały w nim co najmniej dwie osoby, co raz ma być przyczynkiem do komedii (nie tylko przez pryzmat braku różnicy między planem bliskim a szerokim), a kiedy indziej zapalnikiem thrillera. W efekcie otrzymujemy konceptualny bełkot o leśnej krzątaninie pozbawionego imienia mężczyzny-wieloryba, zakończoną głośnym wystrzałem w pustkę.

„Malaria”, reż. Parviz Shahbazi (źródło: materiały organizatora)

„Malaria”, reż. Parviz Shahbazi (źródło: materiały organizatora)

Order uśmiechu

Wracając do skarbów: historię warszawskiego festiwalu napisali twórcy w chwili przyjazdu nieznani lub będący w przełomowym momencie kariery, którzy w kilka miesięcy później święcili tryumfy na arenie światowego kina. Tak było w przypadku Denisa Villeneuve’a, zdobywcy Grand Prix za Pogorzelisko, Ariego Formana ze słynnym Walcem z Bashirem czy startującego z Weselem Wojciecha Smarzowskiego. Czy tegoroczny zwycięzca, Parviz Shahbazi dołączy do tego szacownego grona? Cóż, rokuje nadzieję. Choć podpisana przez niego Malaria niewolna jest od scenariuszowych słabości i logicznych niekonsekwencji, to styl znamionuje narracyjna lekkość, zgrabne operowanie formą (błyskotliwe zastosowanie found footage) i umiejętne czerpanie z kina gatunków. Zagadka porwania młodej muzułmanki poza donośnym głosem o wciąż opresyjnej sytuacji kobiet w Iranie, odsłania także wolnego ducha, goszczącego na ulicach Teheranu (tytułowa Malaria to nazwa rockowej trupy), być może asumpt przyszłej rewolucji kulturowej.

Rozbijanie konwenansów świetnie wychodzi argentyńskiemu pisarzowi, Danielowi Mantovaniemu z nagrodzonego w Wenecji Honorowego Obywatela. Gdy Mantovani w obliczu literackich zasług staje przed komisją noblowską, wygłasza płomienną mowę o tym, że jego sztuka właśnie stała się gówno warta. A to dopiero początek, gdyż wywrotowy prozaik przyjmuje zaproszenie z rodzinnej miejscowości, której obraz malował dotychczas wyłącznie w kolorach zatęchłej prowincji. Arsenał środków rozbawiających Gastóna Duprata i Mariano Cohna imponuje rozpiętością. Czego tam nie ma – humor słowny i sytuacyjny, język ubarwiany cudownie wplatanymi wulgaryzmami, obciachowe kolaże plus przaśne, małomiasteczkowe klimaty, bezpruderyjność pudrowana dewocjonaliami oraz last but not least starcie zblazowanego inteligenta z podrażnioną dumą części lokalsów nakręcane grą stereotypów. Ale Duprat wraz z Cohnem poza pełną drobnych złośliwości komedią kontrastów, potrafią „po formanowsku” otworzyć nad tą całą galerią osobliwości, parasol ciepła. A poza tym, są po prostu obłędnie zabawni. Tego uczucia szczerego, kolektywnego śmiechu wraz z paletą innych, niekoniecznie wesołych emocji, nie doświadczymy w samotności. Wspólne przeżywanie historii, obserwowanie reakcji innych, pozwala nam na spotkanie innej wrażliwości, dostrzeganie przeoczonych niuansów, piękno dyskusji – tych planowanych i tych całkowicie przypadkowych. Wieszczona od lat przepowiednia o końcu kina, po raz kolejny się nie sprawdziła. Kino przetrwało telewizję, sieć wypożyczalni, rynek VOD. Przetrwa również Internet, iPhone’y i iPady. Bo jego magia tkwi w konkretnym miejscu i czasie.

SEBASTIAN PYTEL – doktorant literaturoznawstwa UKSW, wyróżniony w XX Konkursie im. Krzysztofa Mętraka. W chwilach wolnych od kina zajmuje się badaniem narracji literackiej w grach wideo. Publikował w „ArtPapier”, „Filmie" i „Kinie", na portalach O.pl i gameplay.pl oraz w czytelni magazynu „Fragile”. Współautor książki David Cronenberg w oczach krytyków filmowych (2016). Psychofan Arcade Fire, Swans i The National.

Dodaj komentarz


Artykuły

Opinie

Rozmowy

Czytelnia

Myślnik

Wydarzenia

Zuzanna Szarek, Hanna Śliwińska. Innego końca świata nie będzie

Od 25 marca do 17 czerwca 2017 roku

Fot. Hanna Śliwińska (źródło: materiały prasowe organizatora)

Józef Hałas. Poszukiwania

Od 23 marca do 28 maja 2017 roku

Józef Hałas, „Przeciwstawienie O”, 1979 (źródło: materiały prasowe organizatora)

IDEA HOMINI. Wystawa malarstwa Marcina Kowalika

Od 29 marca do 29 kwietnia 2017 roku

Marcin Kowalik, „Grosz czynszowy”, 2017, 130 x 220 cm, akryl na płótnie (źródło: materiały prasowe organizatora)

Blue Republic. Made in Blue Republic

Od 17 marca do 4 maja 2017 roku

Blue Republic, „Made in Blue Republic”, widok ogólny wystawy, fot. Maciej Zaniewski (źródło: materiały prasowe organizatora)

Short Waves Festival 2017

Od 21 do 26 marca 2017 roku

„Więzi”, reż. Zofia Kowalewska – kadr z filmu (źródło: materiały prasowe organizatora)

Alina Belyagina. Body Building

Od 22 marca do 1 kwietnia 2017 roku

Alina Belyagina. Body Building, fot. Dymitry Pankov (źródło: materiały prasowe organizatora)

Prawie wszystko o Zwierzyńcu

Od 25 marca do 3 września 2017 roku

Z wystawy „Prawie wszystko o Zwierzyńcu” (źródło: materiały prasowe organizatora)

Piotr Michałowski (1800–1855). Malarstwo i rysunek

Od 18 marca do 21 maja 2017 roku

Piotr Michałowski, „Krakus na koniu”, fot. A.R. Skowroński  (źródło: materiały prasowe organizatora)

Jednoczesność zdarzeń

Wystawa wybranych prac laureatów i finalistów konkursu Artystyczna Podróż Hestii

Od 17 marca do 16 kwietnia 2017 roku

Olga Kowalska „Dom” (źródło: materiały prasowe organizatora)

Kolekcja sfragistyczna Friedricha Augusta Vossberga

Od 14 marca do 28 maja 2017 roku

Typariusz pieczęci sekretnej Olsztyna, 2 poł. XIV w. (źródło: materiały prasowe organizatora)

więcej wydarzeń
U have turned off the Artwork.

On the other hand U have become integrated with an interactive art experience.

Yes, U can go back but U can't change the fact that U've been integrated...

In case U want 2 turn the Artwork back on just click one of the other buttons.

CODEMANIPULATOR