KLICKA

Nic i wszystkie jego nice (oblubienice?). Zaczyna się od gry słów, a dochodzi się dalej, niż zaplanowano. Jeśli czytało się poprzedni tomik Barbary Klickiej, to można było sobie to i owo zaplanować. Lepiej jednak tego nie robić. To upokarzające dla poezji, dla jej intencji nowego wybuchu, ponownej niespodzianki. Podkreślam to z mocą, mamy do czynienia z książką, która wprost o to prosi. Niesłychana zręczność słów, kombinatoryczne mistrzostwo, wszechogarniające ironiczne igranie – tak bardzo tu po coś i o czymś. Pewnie, że wystarcza samo nizanie słów i zwrotów, nachodzących na siebie i dziwiących się sobie, już porywa sama ich melodia. Można przy tej muzyce pozostać, dochodząc do wniosku, że pośród wielu ironicznych wierszy, pośród całej tej fali, czy wręcz kipieli, głos Klickiej i tak będzie słyszalny. Ale tym razem jest dużo więcej. Jakaś kruchość została rzucona na szalę, rozpracowano słabość. Nazwijmy rzecz po imieniu: ból.

Barbara Klicka, „Nice”, Wydawnictwo WBPiCAK

Barbara Klicka, „Nice”, Wydawnictwo WBPiCAK

Być może nigdy nie da się odróżnić bólu inscenizowanego od prawdziwego, bo ten drugi pozostaje poza literaturą, obywa się bez słów. Zatem pozostajemy w kręgu teatru cierpienia. Spektakl wyreżyserowany przez Klicką w tomiku Nice (WBPiCAK, Poznań, 2015) ujmuje mnie swoją powściągliwością. Widać, że zabiera głos w ostateczności. I to dopuszczanie go do głosu – w ostateczności – jest czymś najbardziej poruszającym. Krótko: wzruszyła mnie Twoja gra słów, Barbaro Klicka. Wypełniłaś po męsku obowiązek ironicznej słowiarki, pozostawiając na dnie czytelniczej duszy ciemny, liryczny osad. Precyzyjne mechanizmy słów uruchomiły nieplanowaną empatię. Cierpimy razem z tobą, podziwiając elegancję wyrazu. Podwójna robota. Czyż nie to cenimy w poezji najbardziej?

A teraz znaki: morze, wyjazd, turnus, uzdrowisko, leczenie, pobyt, sezon, miesiące i daty; mimo rozpaczy kultywuje się wiarę w błysk, flesz, ścieżkę wyprowadzającą z matni. Poprzedzające cykl poetyckich próz dwa klasyczne wiersze drążą ten temat wytrwale. Mówiąc językiem dawnych opowieści, chodzi o ścieranie się, nakładanie dwóch archetypów. Eros, Thanatos i tak dalej. Jest w bohaterce samobójcza skłonność, której natychmiast przeciwstawia się wola życia. Jakby były dwie w jednym ciele postaci. Im bardziej jedna chce poddać się chorobie, tym bardziej druga rwie się do życia, podsuwając obrazy możliwych rozwiązań. Także: ewentualnej ciąży i rozwiązania. Dziecko scaliłoby rozbite połówki „ja” i – uwaga – zwiałoby w jakąś drugą stronę. Tak projektuje się nadzieje na wywikłanie się z binarnego, dwubiegunowego układu, wyjście z impasu. To wraz z potencjalnością życia zaistniałego inaczej (na nowo) wiążą się myśli o „błysku”, o świętości nagłego światła w mroku, o promieniu wskazującym drogę.

Czy nie mamy do czynienia z żarliwą modlitwą (to nic, że do jakiejś Drugiej ukrytej w pierwszej)? Czy tu nie prosi się o coś? Te dwa wiersze, rozpoczynające tomik, nie tylko ustawiają głos i oczekiwania czytelnika, ale przez swoje organiczne zespolenie wskazują na podstawową obsesję czy tęsknotę. Chodzi o poczucie wewnętrznego scalenia, o choćby jednorazowe doznanie jedności – w błysku, w „świętym fleszu”. Tędy droga, Czytelniku; zachciało się życia, / więc oto się ma – z dobrodziejstwem inwentarza, z morzem słów w tle, na „pocztówce z kurortu”. Nieraz coś się z niego wyławia, a ból wywraca to na nice, drwi, ironizuje. Czyni to od niechcenia. Na to nakłada się chcenie, czyli forma. Tak czy inaczej, gwałt się gwałtem odciska. Spektakl przemocy, z którego poezja Klickiej wychodzi czysta, jakby tej całej wojny nie było, jakby wiele dało się jeszcze skreślić w notatniku. Do nas dociera seria odświeżających błysków.

MAJZEL

Pierwsze wrażenie wiąże się ze zgrzytliwymi, wykorzystującymi groźnie brzmiącą aliterację, rzeczownikami nazywającymi poszczególne części tomu zatytułowanego Terror (WBPiCAK, Poznań 2016): rumor, fetor, error, po męsku i kategorycznie porządkującymi napływ tego, co liryczne i być może sentymentalne. I jeszcze silniejszy sygnał ruchu, dziejącej się naocznie podróżnej opowieści z wyraźnie zaznaczonym bohaterem (znanym nam od dawna pod imieniem „bartek”, teraz pojawia się także „majzel”), który chce dotrzeć tam / gdzie już żaden nie powstanie kamień. Zwróciłbym uwagę na wiersz wyrzucony na pierwszy plan (i ogień), wysunięty przed trzy części tomu, jakby osobny, tym bardziej znaczący (pt. zadrapanie). Mówi o brudzie, który pozostaje, który nie jest do zmycia, brudzie życia, doświadczania i przemijania. Ta liryczna rozprawa z pamięcią i pamiątkami z podróży życia zawdzięcza wiele „jej”, współtwórczyni monologu, partnerce. I to rzutuje na cały tom, który wydaje się naznaczony intensywną obecnością kobiety (kobiecością przemijania?) – raz wszystko rozumiejącej i uzupełniającej światowidzenie, to znów mieszającej, przeszkadzającej bohaterowi w kultywowaniu nostalgii, hodowli tęsknoty, nienadającej się do zabrania w podróż. Bo to jest tak, jakby były różne kategorie podróży, a widać, że bohater niezwykle mocno przywiązał się do tych pierwszych, samotnych i straceńczych. Zastanawiam się, czy nie usiłuje się tu wypracować nowy model doświadczania podróży (dojrzałości podróży?) i opowiadania o niej – w podwójności, w parze, w nieustannym monologowaniu, które ma sprawiać wrażenie dialogowania. Podróż w dialogu, spięciu, w konfrontacji, w dopowiadaniu tego, co czuje, co może pomyśleć i powiedzieć ten drugi czy druga: wówczas wydaje mi się że mówisz za mnie. / że nie muszę kończyć tej historii. / ani melodii którą zaintonowałem / w poszukiwaniu słów.

Oczywiście, że najmocniej bije po oczach tytuł terror. Mocne słowo i modne. Ale Bartłomiej Majzel zupełnie nie o tym, polityka go raczej nie obchodzi, a jeżeli już, to polityka złego snu, a jeszcze lepiej polityka obłędu, utraty, przemijania. I dochodzi się do wniosku, że w ramach tego magicznego (niepolitycznego) świata słowa mówią coś obok słów i prześwietlają się nawzajem ostro, podejrzliwie, więc taki „terror” jawi się w pierwszej chwili jako męska strona słowa „terra”, będąc matki Ziemi koniecznym rewersem, jakąś męską częścią gliny, gleby, podłoża. Jeżeli usuniemy mu literkę, da się rozumieć jeszcze inaczej, jako błąd („error”). I przypomina się (może niepotrzebnie) analogiczny, prawie tautologiczny, rym, choć ze skradzioną literką czołową: „devil”–„evil”.

Najbardziej poruszają w tej książce wszelkie sygnały rozpaczy z powodu symbolicznej (bądź dosłownej – każdy czyta tak, jak uważa) przegranej, upadku, dotkliwego doświadczania ruin. Coś się skończyło w dawnej postaci, a teraz pracuje się nad tym, by uwiarygodnić to, co powstało zamiast. W zamian? No właśnie o to chodzi, że nigdy nie ma gładkiej zamiany, łagodnego przejścia. Już można patrzeć na zwaloną górę / i nie konać razem z nią. Ale co to za – mówiąc językiem tej rozpaczy, tego napięcia – terror! I horror. Bohater tuli warkocz siwych włosów i duma nad przemijaniem – jakim właściwie obdarzyć go mianem: czy to jest „error”, czy jednak „terror”? Tu nawiązuję do wiersza terrarium i myślę o utworze terroryzm, w którym też znamienne wyznanie: sprawdzam: czyjeś skronie siwieją. / więc zaczynam płakać. Całość interesującej mnie sekwencji ideowej i obrazowej wieńczy wiersz pt. terra, jednakże nie dając ostatecznej odpowiedzi. To nie podręcznik wiosennego siewu, nie oczekujmy żadnych odpowiedzi, raczej cieszmy się pleniącymi się w nadmiarze pytaniami. W każdym razie wędrujemy do terry, mijając po drodze inne sygnały rzekomego złożenia broni: tuż po stracie, pogrzebowe przysmaki, zmarszczki, stryczek, bankrut, możliwe uniki itd.

Być może terra jest ewokacją czegoś, co nam tak pięknie w ostatnim czasie (jakieś 10, a może 20 lat?) zbankrutowało, nie wiem, aczkolwiek i tak da się czytać. W moim neurotycznym czytaniu dominuje inna nuta – słyszę pieśń o głodzie. Tęsknotę za dawną intensywnością. Niech blade ekrany nie migają jednostajnie i sucho. Niech nie „error” tam świeci, a „terror” – siła, energia, panowanie nad czymś i wiedza, że się rzeczywiście nad czymś panuje. W takim układzie terra jest najważniejszym utworem tomiku zatytułowanego terror. Jest rozmową z drugim czy drugą; a niech to nawet będzie tylko schizofreniczny cień (rysa), ale przecież jest. Jeśli wspomina się siebie samego, tak kiedyś niezłomnego, silnego siłą nieskończonych przestrzeni i możliwością ich zdobycia, to mówi się o pokonywaniu pamięci. I znów motyw włosów, które siwieją albo wypadają, będąc jawną oznaką starzenia się.

Poezja Majzla nie zestarzała się, dalej jest gniewna, dziecinnie zapalczywa. Teraz z pasją przepracowuje wielkie zdziwienie pod hasłem „to te ruiny w tle jednak mnie dotyczą?”. Spośród wielu pytań na czoło wysuwa się chyba to: za co kocha się siebie samego, tego naiwniaka sprzed lat? Za posiadaną wtedy siłę, wiarę, odwagę? Utwór pt. terra wskazuje na idealizm, wolność i poezję (jeszcze wtedy) czystą: kochałem go dlatego że zakwitał za nic. / pędził po niebie odsuwając od siebie / lądy pełne granic. Wypełniające ten tekst gorące prośby dotyczą jednego, które chciałbym zwerbalizować następująco: hej, ty tam w środku, drugi, trzeci, panie, boże, kobieto, jak cię zwał, tak zwał, zrób wszystko, żebym nie poddał się, a wraz ze mną to, co za mną (za nami) stoi.

Strony: 1 2

Tekst ukazał się w miesięczniku Odra, nr 10/2016

1 komentarz do artykułu “Z raptularza czytelnika nowości poetyckich”

  1. Radoslaw

    Mijajacy rok jest sukcesem Ewy Sonnenberg

Dodaj komentarz


Recenzje

Opinie

Rozmowy

Czytelnia

Myślnik

Wydarzenia

Urszula Tarasiewicz. Ogrodowa/Garden Street

Od 24 lutego do 31 marca 2017 roku

Urszula Tarasiewicz, „Ogrodowa/Garden Street” (źródło: materiały prasowe organizatora)

Kupując oczami

Od 22 lutego do 11 czerwca 2017 roku

Projekty aranżacji wystawy sklepu Juliusza Grossego  w Krakowie autorstwa Franciszka Seiferta, autor fot. nieznany, lata 30. XX w., wł. Muzeum Historycznego Miasta Krakowa (źródło: materiały prasowe organizatora)

Andrzej Mitan. Sztuka (nie)zidentyfikowana

Od 18 lutego do 23 kwietnia 2017 roku

Andrzej Mitan, „W świętej racji”, płyta analogowa, proj. Ryszard Winiarski (źródło: materiały prasowe organizatora)

ABS_2067

Od 27 lutego do 17 marca 2017 roku

Philippe Rębosz, „And all my friends are dead”, akryl i olej na płótnie, 2017 (źródło: materiały prasowe organizatora)

Nature morte

Od 19 lutego do 14 maja 2017 roku

Barnaby Barford „Do it again, I didn’t press record”, 2009, dzięki uprzejmości artysty, Fot. Noah Da Costa, © Barnaby Barford (źródło: materiały prasowe organizatora)

Alicja Bielawska. Jeśli nie tutaj, gdzie?

Od 17 lutego do 9 kwietnia 2017 roku

Alicja Bielawska, „Ćwiczenia na dwie linie”, 2014 ,fot. Bartosz Górka (źródło: materiały prasowe organizatora)

Szczęśliwej podróży

Od 17 lutego do 27 maja 2017 roku

3–4 marca 2017 roku, pokaz filmu „Exil Shanghai” (źródło: materiały prasowe organizatora)

Martwa Natura

Od 15 lutego do 14 marca 2017 roku

Katarzyna Makieła-Organisty, „Czaszka jelonka”, 2014 (źródło: materiały prasowe organizatora)

Skarby baroku. Między Bratysławą a Krakowem

Od 10 lutego do 23 kwietnia 2017 roku

„Widok Krakowa”, 1652, olej na płótnie, Muzeum Narodowe w Krakowie (źródło: materiały prasowe organizatora)

Superorganizm. Awangarda i doświadczenie przyrody

Od 10 lutego do 21 maja 2017 roku

Marek Włodarski, „Pejzaż biologiczny”, 1930 (źródło: materiały prasowe organizatora)

więcej wydarzeń
U have turned off the Artwork.

On the other hand U have become integrated with an interactive art experience.

Yes, U can go back but U can't change the fact that U've been integrated...

In case U want 2 turn the Artwork back on just click one of the other buttons.

CODEMANIPULATOR