Urszula Wolak: Porozmawiajmy o aktorstwie.

Jerzy Trela: Dobrze się składa, bo tym właśnie zajmowałem się przez całe życie. Ostatnio często zadawałem sobie pytanie, czemu tyle poświęciłem aktorstwu? Życie przechodziło obok mnie, a ja cały czas żyłem fikcją – teatralną, literacką. Łatwo ulegałem nałogowi, jakim stał się dla mnie teatr. To on właśnie zaczął mnie fascynować już we wczesnej młodości, gdy uczęszczałem do liceum plastycznego. Pociągała mnie wówczas iluzja teatru. Nie miałem jeszcze wtedy zamiaru być aktorem – raczej scenografem. Ale życiowe okoliczności zdecydowały za mnie i po liceum musiałem pójść na cztery lata do pracy. Jako plastyk, pracę znalazłem w teatrze lalkowym. Zacząłem coraz częściej pojawiać się na scenie i tak mi zostało do dziś.

Jerzy Trela jako Billaud-Varenne, „Danton”, reż. Andrzej Wajda, 1983 (źródło: materiały czasopisma EKRANy)

Jerzy Trela jako Billaud-Varenne, „Danton”, reż. Andrzej Wajda, 1983 (źródło: materiały czasopisma EKRANy)

Scena. Dobrowolny nałóg

Nie ma Pan poczucia, że współcześni, młodzi aktorzy odwracają się od teatru, wypatrując swojej szansy raczej w filmie, telenowelach i reklamie?

Jeżeli teatr wychodzi dziś z interesującą propozycją do młodych ludzi, to na pewno spotka się z ich uznaniem. Znam wielu młodych artystów, którzy potrafią zrezygnować z niejednej intratnej propozycji i nie stoją w długich castingowych kolejkach. Już jaskiniowcy pozostawiali po sobie ślady – nie materii, a ducha. To dowód na to, że sztuka jest potrzebą każdego człowieka od zarania dziejów.

Udział aktora w telenoweli jest formą zdrady tej sztuki?

Jest on poniekąd wymogiem naszych czasów. Ludzie muszą z czegoś żyć. To ich zawód, każdy może to robić. Nie widzę w tym nic zdrożnego, choć nie jestem zwolennikiem telenowel. Wolę seriale. Wychowałem się na wysokiej literaturze i ciężko byłoby mi sobie przyswoić język telenoweli. Prawdziwa sztuka powinna dążyć do kształtowania wrażliwości widza, rozbudzając jego zapotrzebowanie na piękno, a nie usypiać, głaskać i uspokajać. Co zyskują ludzie, siedzący całymi dniami przed ekranem telewizorów i oglądający telenowele? Nic. Misją sztuki jest – użyję niepopularnego już dziś słowa – uszlachetniać człowieka, a nie zaspokajać.

Powszechnie uważa się, że to Brytyjczycy nie mają sobie równych wśród aktorów. Skąd to przekonanie?

Nie ma reguły. Brytyjczycy – owszem – może są najlepsi w repertuarze szekspirowskim, bo Szekspir jest ich rodzimym dramaturgiem, na którym uczą się grać od pokoleń. Ale przecież szkoła amerykańska, choć wśród jej reprezentantów jest wielu Brytyjczyków, zawdzięcza jednak wiele Rosjanom. Gdyby nie Wsiewołod Meyerhold, a później Konstantin Stanisławski, to Lee Strasberg pewnie nigdy nie prowadziłby Actors Studio – najsłynniejszej na świecie szkoły teatralnej w Stanach Zjednoczonych. Dobre aktorstwo stoi więc na mocnych fundamentach. Spójrzmy choćby na Dustina Hoffmana, Roberta De Niro, Marlona Brando, Ala Pacino. Ten ostatni gra przecież ostatnio film za filmem, zachwycając wspaniałą formą. A co robi na co dzień, gdy kończy zdjęcia na planie? Ucieka na Broadway i gra tam Szekspira. Czy na teatralne deski wiedzie go chęć zarobienia większych pieniędzy? Na pewno nie. Pacino nic już nie musi, a jednak wciąż drzemie w nim potrzeba spełniania się właśnie w teatrze. Bo kocha Szekspira. To jest aktorstwo – pasja tworzenia. Dobry aktor jest jak malarz. Nie maluje obrazu, bo ktoś mu każe, tylko dlatego, że musi. To wewnętrzny przymus. Kto by pomyślał, że wysyp tak wielu talentów zapoczątkuje w latach 20. XX wieku migracja intelektualistów i artystów z Europy do USA? Nie generalizowałbym więc, że któryś z narodów wiedzie prym w dziedzinie aktorstwa. Dobrzy są zawsze ci, którzy pozostają wierni swoim ideałom.

Byle nie stracić kontroli

Przywołany System Stanisławkiego, wdrażany w filmie i na scenie m.in. przez Pacino, od razu konotuje proces silnego utożsamiania się, zespalania się aktora z postacią…

To bardzo złożone zagadnienie. Przyjmujemy, że założenia Stanisławskiego są tylko punktem wyjścia do budowania postaci. Kontekst jest bowiem o wiele rozleglejszy. Różnego rodzaju okoliczności, w tym wszelkie zmiany w teatrze modyfikują propozycję Rosjanina. Wraca się do niej jednak bardzo często, nawet we współczesnym teatrze awangardowym. Wcześniej korzystał z niej choćby teatr Jerzego Grotowskiego.

Co jednak z tym mitycznym postulatem utożsamiania się aktora z rolą?

To jest możliwe, ale dużo kosztuje. Im bardziej chce się być wiarygodnym, tym bardziej trzeba zbliżyć się do postaci. Jest jednak jeszcze druga strona medalu. Całkowite zatracenie się czy utożsamienie z postacią grozi bowiem utratą kontroli nad własnymi działaniami. Aktor nigdy nie może jej stracić, by nie doprowadzić się do szaleństwa. Nie można wyjść z teatru, nie zostawiwszy za progiem postaci, którą się gra. Stanisławskiemu nigdy nie chodziło o ekstremalne przeżywanie na scenie własnych doświadczeń utożsamianych z życiem bohatera, a raczej – jak sądzę – o połączenie osobowości postaci z własną osobowością. Jeśli uda się to zharmonizować, efekt zostanie osiągnięty.

Innymi słowy: będąc kimś innym, należy pozostać sobą?

Tak. Wchodzimy w skórę i psychikę postaci tylko na scenie. Wychodząc z teatru, stajemy się sobą.

Jako aktor, nigdy nie stracił Pan nad sobą kontroli?

Zdarzały się takie momenty. Nie tylko mnie. To jednak naprawdę wyjątkowe przypadki. Przywołajmy Gustawa Holoubka, który był aktorem zawsze w pełni świadomym tego, co robi. W jednym z wywiadów przyznał, że tylko raz zdarzyło mu się zapomnieć. Nie wiedział wtedy, co robi. To było w słynnej „Wielkiej Improwizacji” w Dziadach z 1968 roku w reżyserii Kazimierza Dejmka. Mnie podobne chwile przytrafiały się we fragmentach Wyzwolenia i Dziadach Konrada Swinarskiego.

Co się wtedy z Panem działo?

Dosłownie straciłem nad sobą kontrolę. Po chwili jednak świadomość powróciła. Graliśmy wtedy Dziady w kościele Dominikanów, a ja mówiłem „Wielką Improwizację”. Prowokacyjne wołanie skierowane w stronę Boga; „Odezwij się!”, wywołało we mnie rzeczywiste przerażenie. Przeraziłem się bowiem obecnością Stwórcy w kościele. Doświadczyłem chwilowego zatracenia się w roli. Przebudzenie nadeszło, gdy Bóg, takie przynajmniej odniosłem wrażenie, naprawdę się odezwał. Krzyknąłem raz jeszcze, z większą pasją: „Odezwij się!”. Odezwało się potężne echo. Wtedy odniosłem wrażenie, że to Jego głos, że mnie karci za to, że śmiem Go wzywać i porównywać się z Nim, że chcę go sprowokować.        

Naturszczyk (nie)jednej roli

Co zmienia się w aktorze, który tak jak Pan, staje się pedagogiem i zaczyna nauczać innych, jak grać?

Nigdy nie miałem poczucia, że kogokolwiek n a u c z a m. Raczej dzieliłem się z młodymi studentami sztuki aktorskiej swoimi doświadczeniami oraz doświadczeniami moich kolegów, w tym reżyserów, z którymi miałem do czynienia. Jak bowiem nauczyć młodego człowieka wrażliwości? Próbowałem ją jedynie rozbudzić. Dbałem też o to, by nie zniszczyć ich osobowości. Jeżeli czegokolwiek uczyłem, to tylko podstawowego rzemiosła.

Zdarza się jednak, że współcześni reżyserzy, zwłaszcza filmowi, wolą angażować do ról naturszczyków niż profesjonalnych aktorów. Na czym polega ich przewaga?

Rzadko kiedy naturszczyk jest przypadkowym przechodniem. Najczęściej wybiera się go z morza kandydatów. Tak trafia się na wymarzoną osobowość, której pożąda reżyser. Naturszczyk gra wtedy siebie, ale sprawdzi się zwykle tylko w tej jednej roli. On nie zagra później trzystu kilkudziesięciu innych ról. Tylko nieliczni połykają aktorskiego bakcyla i grają później w wielu filmach, telewizji, teatrze. Tak jest choćby z Henrykiem Gołębiewskim. Okazało się, że ma w sobie to „coś”, a co ważniejsze potrafi grać.

Myśli Pan, że sztuka aktorska może kiedykolwiek wyginąć? Pytam o to w kontekście współczesnego kina, wykorzystującego technologię cyfrową, pozwalającą komputerowo generować filmowe postaci. To pańskim zdaniem fascynująca przyszłość czy zwiastun apokalipsy, która może zagrozić aktorstwu?

Nie tylko aktorstwu. To tendencja, która stanowi zagrożenie dla człowieka w ogóle. Im bardziej ulegamy technice, tym bardziej oddalamy się od siebie. Co drugi człowiek mijający mnie na ulicy jest wpatrzonych w telefon komórkowy albo przez niego rozmawia. Niewielu już interesuje się otaczającą rzeczywistością, drugim człowiekiem, nie zachwyca nas piękno architektury, zwykła codzienności, przestajemy słyszeć śpiew ptaków. Cały świat skurczył się bowiem do wielkości jednego telefonu. Przyjdzie jednak taki moment, że znów zechcemy spojrzeć sobie głęboko w oczy, tak jak my teraz, zapragniemy bliskości drugiego – żywego człowieka. I gdzie się wtedy udamy? Do teatru albo do kościoła.

Czy młodzi aktorzy zadają dziś Panu pytanie, co robić, jak odnaleźć właściwą dla siebie drogę?

Tak. Mam wtedy dylemat, bo nie wiem, co odpowiedzieć. Mówię więc krótko – być wiernym sobie.

JERZY TRELA – urodzony w 1942 roku. Aktor piastował funkcję rektora Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie, którą sam ukończył. Od lat licealnych związany jest z Krakowem; najpierw z Teatrem STU, a od 1969 z Narodowym Starym Teatrem. Spędził tam 45 lat, grając w spektaklach m.in. Konrada Swinarskiego, Jerzego Jarockiego, Jerzego Grzegorzewskiego, Kazimierza Kutza, Andrzeja Wajdy i Krystiana Lupy. W teatrze stworzył ponad 100 ról, w Teatrze Telewizji – ponad 150, w Teatrze Polskiego Radia – ponad 40. Do tych w teatralnych kreacji aktorskich należy dodać role filmowe. Ostatnio został „Człowiekiem Teatru 2016”, odbierając prestiżową Nagrodę im. Zygmunta Hübnera. Obecnie możemy oglądać go w pięciu przedstawieniach w Krakowie: Kto wyciągnie kartę wisielca, a kto błazna w Małopolskim Ogrodzie Sztuki, Wielkie kazanie księdza Bernarda, Wielki John Barrymore, Wariacje Tischnerowskie. Kabaret filozoficzny i O psychiatrach, psychologach i innych psycholach w Teatrze STU.

Tekst ukazał się w czasopiśmie EKRANy nr 3-4/2016

Dodaj komentarz


Artykuły

Recenzje

Opinie

Czytelnia

Myślnik

Wydarzenia

Nieczytelność. Palimpsesty

Od 16 grudnia 2016 roku do 30 marca 2017 roku

Piotr Korzeniowski, „Szum I”, 2015, dzięki uprzejmości artysty (źródło: materiały prasowe organizatora wystawy)

Diana Grabowska. XM

Od 12 do 22 grudnia 2016 roku

Diana Grabowska, „Z głowy”, 2015 (źródło: materiały prasowe organizatora)

Komu bije Dada?

Od 9 grudnia 2016 roku do 5 lutego 2017 roku

Wystawa „Komu bije Dada?” (źródło: materiały prasowe organizatora)

Jutro nie przyjdzie nigdy. Mirosław Bałka i Katarzyna Krakowiak

Od 25 listopada 2016 roku do 5 stycznia 2017 roku

Mirosław Bałka i Katarzyna Krakowiak, „Jutro nie przyjdzie nigdy”, fot. Maciek Zaniewski (źródło: materiały prasowe organizatora)

Yang Shuanglin – współczesny chiński wenren: malarz i erudyta

Od 6 grudnia 2016 roku do 31 stycznia 2017 roku

Yang Shuanglin, „Źródło rzeki” (źródło: materiały prasowe organizatora)

Marta Kochanek-Zbroja. Kalejdoskop

Od 2 grudnia 2016 roku do 28 lutego 2017 roku

Marta Kochanek-Zbroja, „Kalejdoskop”, wizualizacja (źródło: materiały prasowe organizatora)

Festiwal Dramatu

Od 1 do 6 grudnia 2016 roku

„Garnitur prezydenta”, fot. Tomasz Augustyn (źródło: materiały prasowe organizatora)

Kropka w kropkę. Muzealne mody

Od 25 listopada 2016 roku do 1 stycznia 2017 roku

„Kropka w kropkę” – plakat Anna Halarewicz (źródło: materiały prasowe organizatora)

Coming Out – Najlepsze Dyplomy ASP 2016

Od 25 listopada do 11 grudnia 2016 roku

Joanna Pieczyńska, „Z natury”, przykład farbowania krokoszem barwierskim (źródło: materiały prasowe organizatora)

David Cronenberg. Evolution

Od 14 listopada 2016 roku do 26 marca 2017 roku

„Potomstwo”, 1979, reż. David Cronenberg (źródło: materiały prasowe organizatora)

więcej wydarzeń
U have turned off the Artwork.

On the other hand U have become integrated with an interactive art experience.

Yes, U can go back but U can't change the fact that U've been integrated...

In case U want 2 turn the Artwork back on just click one of the other buttons.

CODEMANIPULATOR