„Oni są chirurgami, a Maroko to stół, na którym spoczywa nasza bezradna dusza”

Alfred Chester

Już pierwszego dnia pobytu w Tangerze zauważyłem, że w Maroku portrety panującego króla Mohammada VI są wszędzie. Na dworcach, w sklepikach, w toaletach, w halach sportowych, w hotelach. Króla można ujrzeć w powadze majestatu, z wymalowaną na twarzy wizją przyszłości, gdzieś indziej uśmiechniętego. Za to nigdy nie zobaczyłem portretu marokańskiego Boga namalowanego przez anonimowego artystę w formie muralu, szablonu czy niechlujnie nabazgranej, nie daj Boże, karykatury.

Tanger, Maroko (źródło: Wikimedia Commons)

Tanger, Maroko (źródło: Wikimedia Commons)

Król spogląda zawsze na swój lud z fotografii przypiętej do proporca czy makatki, billboardów, nalepek przylepianych w autobusach i niezliczonej ilości królewskich gadżetów rozpowszechnianych na przedmiotach codziennego użytku. Kiedy stary sprzedawca kawy podarował mi czarno-białe zdjęcie króla, mówiąc, że to na szczęście, nie zastanawiałem się ani chwili i ochoczo włożyłem portret monarchy do czarnej nerki, oblekającej moje biodra. Od tej chwili czułem się już bezpiecznie.

Jak niebawem się okazało, w towarzystwie króla w Maroku spędziłem miesiąc. Dzień w dzień, noc w noc, nawet w snach na krok mnie nie opuszczał. Czasami czułem się osaczony obecnością i uściskiem jego wizerunków. Wiedziałem już, że będziemy podróżowali razem. Ja i król. Doszło do tego, że zaczęliśmy nawet rozmawiać. Radziłem się króla w drobnych sprawach, a on, niewidoczny, a przecież zawsze przy mnie obecny, wspierał mnie dobrym słowem. Chcąc nie chcąc, zaprzyjaźniliśmy się i doszło do tego, że zaczęliśmy się targować o każde słowo. Wnet pożądane się stało, jak pisał Elias Canetti w Głosach Marrakeszu, aby nasze wzajemne pertraktacje trwały małą, pełną treści wieczność.

Bóg, naród, król

Króla kochają wszyscy i za wszystko. Pompatyczny rytuał codziennie składanego hołdu, ten istny festiwal nieskrępowanej prokrólewskiej twórczości narodowej, dane mi było ujrzeć w Marrakeszu. Poczułem się wówczas jak na konferencji prasowej żywego i zarazem umarłego Boga, jak na jakiejś zbiorowej stypie w meksykańskim stylu, przy której śmierć księżnej Diany to bułka z masłem. Na kilkudziesięciu metrach kwadratowych w oczy wbijały mi się dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy portretów króla. Przyozdobione kwiatami, orientalnymi cekinami i liścikami z dowodem dozgonnej miłości, zdawały się podpowiadać, że miłość wiernych do Mohammada VI nie zna granic. Idol stadionów, urzędów, król na balonie, król zamyślony, król gra w golfa, król mrówek…

Nasza relacja przypominała może trochę berka – ilekroć uciekałem od jego wszędobylskich spojrzeń, to on, król, dopadał mnie w najbardziej niespodziewanych miejscach – czaił się w hotelikach, na stacjach benzynowych, czujnym okiem spoglądał na mnie pod meczetem i nawet wtedy, kiedy korzystałem z toalety. Już wiedziałem, że bez króla Maroko jakby nie istnieje.

Często coś do mnie mówił.

– W ubiegłym roku powołałem do życia komisję do spraw „zamkniętych meczetów”, aby wierni nie wykorzystywali świątyni do politykowania – powiedział niespodziewanie – mój gabinet wydał już komunikat w tej sprawie. Ogłosiłem dekret, który zakazuje duchownym prowadzenia otwartego demonstrowania postaw politycznych. Jesteśmy ostatnim krajem w Afryce Północnej, który jest stabilny, a wierny w Maroko musi się czuć bezpiecznie – dodał.

Wiedziałem, że król mnie teraz czaruje. Przecież zachowanie kontroli politycznej nad meczetami jest jego priorytetem i ma na celu propagowanie islamu z poszanowaniem autorytetu religijnego właśnie króla. Gra toczy się w rzeczywistości o ograniczenie wpływów szyitów i salafitów. Teraz, po tych słowach, zrozumiałem, dlaczego tak totalnie wpisał się swoim wizerunkiem w przestrzeń publiczną, a wiszące w całym kraju portrety, począwszy od miejskich billboardów, a kończąc na salonikach fryzjerskich, mają swoje głębsze uzasadnienie.

Według Forbesa, majątek króla szacuje się na dwa i pół miliarda dolarów. Jednak fortuna nie przeszkodziła Mohammadowi VI w uzyskaniu przydomku „króla ubogich”.

Usiedliśmy w małej, zamglonej od dymu kafejce. W jednej z takich kafejek pomylono mnie kiedyś z Lionelem Messim, bo pamiętajmy, że w Maroku haszysz palą wszyscy. Pod patronatem i czujnym okiem króla mężczyźni w tradycyjnych dżeladach z kapturem, z długimi fajkami, z osmaganymi słońcem paszczami, jak jacyś czarodzieje rodem z Tolkiena, oglądali we mgle futbol. A po meczu państwowy kanał zaczął transmisję polityczną z kolejnej rewolucji, intrygi, zamachu, przewrotu. I tak dzień w dzień.

– Umożliwiłem powrót do kraju rodzinie najsławniejszej z ofiar opresyjnego systemu – Bena Barki, socjalistycznego przywódcy nazywanego „marokańskim Che Guevarą” – król kontynuował swoje, na moje skromne potrzeby, exposé. – Większość Marokańczyków – perorował – darzy mnie szacunkiem z tego powodu, że jestem fanem przemian, wspieram rozwój i modernizację kraju. Dzięki mnie w Maroku prężnie rozwija się edukacja i walka z analfabetyzmem. Powstała też fundacja mojego imienia, która zajmuje się edukacją, ochroną środowiska i kulturą oraz pomocą marokańskim emigrantom. Dbam o branżę turystyczną i zapewniam bezpieczeństwo turystom – pochwalił się król.

Z tym ostatnim stwierdzeniem trudno mi było się nie zgodzić. W Maroku turysta faktycznie czuje się bezpiecznie. Na temat liberalizacji praw islamu, prowadzącej do względnej niezależności kobiet i podwyższenia wieku zawierania małżeństw, nie chciałem się wypowiadać, chociaż obecność kobiet w marokańskim parlamencie zdaje się potwierdzać wolę przeprowadzenia zmian. Podobnie trudno mi było rozstrzygnąć, czy Maroko jest krajem coraz większej tolerancji religijnej, chociaż słyszałem, że cudzoziemcy mogą praktykować swoją wiarę. Za bardzo też nie wierzyłem w poważne traktowanie roszczeń niepodległościowych Berberów, gdyż mieszkający na południu kraju, w namiotach i prowizorycznych chatkach, koczownicy nie mają szans na usamodzielnienie się przy boku potężnego międzynarodowego dyplomaty. Należy dodać, że w ramach interesów z Unią Europejską tereny Sahary Zachodniej są od lat okupowane przez Rabat i wypłukiwane ze złóż naturalnych, w tym z piasku pustynnego, który trafia na wulkaniczne plaże sąsiedniej Teneryfy.

Strony: 1 2

Tekst ukazał się w piśmie Rita Baum nr 37/2015

Dodaj komentarz


Recenzje

Opinie

Rozmowy

Czytelnia

Myślnik

Wydarzenia

Balkan Playground. Michał Korta

Od 25 października do 3 grudnia 2017 roku

Michał Korta, cykl „Balkan Playground” (Randa, egipska reprezentacja karate, Sutomore, Czarnogóra), 2014 (źródło: materiały prasowe organizatora)

Kino-oko. Wokół Wiertowa i konstruktywizmu

Od 20 października do 30 listopada 2017 roku

Józef Robakowski, „Ćwiczenia na 2 ręce” (źródło: materiały prasowe organizatora)

Cukiernia Europa

Od 19 października 2017 do 25 listopada 2017 roku

Aleksandar Stankoski, Ostatnia wyprawa, 100 x 70, olej na kartonie, 1992 (źródło: materiały prasowe organizatora)

8. Festiwal Krytyków Sztuki Filmowej Kamera Akcja

Od 19 do 22 października 2017 roku

 Festiwal Krytyków Sztuki Filmowej Kamera Akcja (źródło: materiały prasowe organizatora)

Festiwal im. Macieja Berbeki Inspirowane Górami

Od 19 października do 21 października 2017 roku

Festiwal im. Macieja Berbeki Inspirowane Górami (źródło: materiały prasowe organizatora)

Inwencja i naśladownictwo. Dawna grafika włoska

Od 17 października do 17 grudnia 2017 roku

Gaetano Cottafavi, „Wodospad na rzece Aniene koło Tivoli”, 1835 (źródło: materiały prasowe organizatora)

Dziekanka artystyczna

Od 16 października do 24 listopada 2017 roku

Mirosław Bałka, „Good God” (źródło: materiały prasowe organizatora)

Festiwal Tradycji Literackich

Rozdział I: Mickiewicz / Różewicz

Od 14 października do 16 listopada 2017 roku

Ballady i Romanse (źródło: materiały prasowe organizatora)

Modernizm udomowiony

Współczesna architektura chińska

Od 13 października 2017 roku do 7 stycznia 2018 roku

Projekt: Warsztat wyrobu cukru trzcinowego w gminie Zhangxi, powiat Songyang, Studio: DnA _Design and Architecture (źródło: materiały prasowe organizatora)

Centralna, Środkowo-Wschodnia

Od 13 października do 23 listopada 2017 roku

Ivars Gravlejs, „FUCK” (Early Works), 1994 źródło: materiały prasowe organizatora)

więcej wydarzeń
U have turned off the Artwork.

On the other hand U have become integrated with an interactive art experience.

Yes, U can go back but U can't change the fact that U've been integrated...

In case U want 2 turn the Artwork back on just click one of the other buttons.

CODEMANIPULATOR