Łukasz Saturczak: Pani książka Muzeum porzuconych sekretów to przede wszystkim opowieść o pamięci i tożsamości Ukraińców. Porzućmy na razie jej aspekt feministyczny i krytykę patriarchatu i skupmy się na samej historii. Czy zdziwiło panią, że ta książka spotkała się z tak dobrym przyjęciem najpierw w Niemczech, gdzie „Spiegel” uznał ją za książkę roku, a teraz w Polsce, gdzie zdobyła nagrodę Angelusa? Co ta historia może obchodzić ludzi poza Ukrainą?

Oksana Zabużko: Przez długi czas sama nie znałam na to pytanie odpowiedzi, aż do momentu, kiedy Muzeum porzuconych sekretów ukazało się w angielskim przekładzie w „AmazonCrossing” i zaczęli je czytać Amerykanie, którzy w odróżnieniu od nas, w dzieciństwie nie bawili się w „sekrety”, dla których fenomen „powieści europejskiej” jest – w pewnym sensie – egzotyczny (nie wspominając już o jakiejś tam Ukrainie, której nie widać nawet na mapie!). To wtedy wszystko się wyjaśniło. Najtrafniej odpowiedziała na to pytanie na swoim blogu czytelniczka z Kalifornii: Muzeum… to powieść o sile stereotypów. Mówiąc prościej: o tym, że „tak naprawdę wszystko było nie tak”. Że o czymkolwiek by wspomnieć – o historii naszego kraju, rodziny, naszym własnym życiu – zawsze mamy do czynienia z rzeczywistością dla nas (i za nas!) kiedyś i przez kogoś „skonstruowaną”. Podczas gdy z tego samego materiału można skonstruować inną, choć równie autentyczną rzeczywistość. I że ta nieskończoność światów (tak – „sekretów”!) jest wewnątrz nas, tak samo jak brak „gotowych odpowiedzi”, jest czymś, co człowiek współczesny zaczyna sobie uświadamiać, i na co psychologicznie nie jest jeszcze gotów.

Oksana Zabużko „Muzeum porzuconych sekretów”, Wydawnictwo W.A.B. (źródło: materiały prasowe wydawnictwa)

Oksana Zabużko „Muzeum porzuconych sekretów”, Wydawnictwo W.A.B. (źródło: materiały prasowe wydawnictwa)

I tym sposobem ta licząca siedemset stron powieść wychodzi poza ramy historii wyłącznie o Ukraińcach…

Czuć to w powietrzu, taki Zeitgeist. Julian Barnes w Poczuciu kresu opisał to samo w odniesieniu do jednego życia ludzkiego, co ja w bardziej skomplikowany, wielosłowny i niewygodny sposób (spadły na mnie jeszcze megatony surowego, „kulturowo nieprzepracowanego” materiału!) próbowałam opisać śledząc losy trzech pokoleń. Dosłownie opadły mi ręce, kiedy doczytałam powieść Barnesa do momentu, w którym okazuje się, że jego Adrian (i nawet to samo imię, jak tu nie wierzyć w platoński eidos!) także pozostawił na świecie syna, także – kalekę, choć w innym sensie niż mój Buchałow… Zniszczono też dziennik Adriana – tak samo, jak sprawę mojego bohatera: są rzeczy, których nigdy się nie dowiemy, ale które przez to nie przestaną na nas oddziaływać. W Muzeum… po pierwsze chodziło mi właśnie o to. Oczywiście, im większy dystans kulturowy czytelnika do realiów ukraińskich (bo lokalny czytelnik w nich po prostu grzęźnie, dywagując nad każdym szczegółem, włącznie z „a kto był pierwowzorem dla tego i tego obrazu”), tym bardziej widoczna staje się ukryta intencja autorska, moja osobista motywacja, która trzymała mnie przez tych siedemset stron tekstu. Tak, moim zdaniem, można wytłumaczyć sukces książki, a wszystko inne – kunszt, konstrukcja, forma – to już sprawa krytyki.

Dostrzega pani różnice w odczytywaniu Muzeum porzuconych sekretów w Czechach, Polsce i Niemczech. A jak było w Rosji?

Przekład na rosyjski to oddzielna historia: powieść ukazała się drukiem już na początku lata, bez zapowiedzi, bez prezentacji, można powiedzieć, że „w konspiracji”; została za to opatrzona przedziwnym postscriptum na stronie z prawami autorskimi: „Opinia redakcji może różnić się od opinii autorskiej” (sic!). Oczywiście, chodzi o autorskie Posłowie, przecież reszta tekstu – to jakby nie patrzeć – „opinia” nie autora, a bohaterów… Wiem, że Rosjanie kupują książkę, chociaż w prasie nie ukazały się żadne recenzje – mam wrażenie, że wydawca ją „ukrył”, chcąc uniknąć medialnego rozgłosu. Chociaż jeszcze dwa lata temu najważniejszy rosyjski magazyn literacki „Nowyj Mir” przedrukował pierwsze cztery części Muzeum… i nawet przyznał wtedy tłumaczce nagrodę za najlepszy utwór prozatorski. To sytuacja wyjątkowa, ponieważ czasopismo zazwyczaj nagradza rosyjskich pisarzy, a nie tłumaczy. Nawet pojawiły się dość ciekawe recenzje tych „rozdziałów”… Ale wtedy Ukraina jeszcze nie podpisywała umowy z Unią Europejską (jak wiadomo, do tej pory na podpisała – Red.), a prowadzący rosyjskie wiadomości nie mówili: „A teraz o wydarzeniach na ukraińskim froncie” (verbatim!); także walka Kliczko – Powietkin nie zmieniała się w show pod tytułem „bitwa rosyjskiego żołnierza ze zdrajcą Mazepą”. To, co dzieje się teraz w rosyjskiej przestrzeni informacyjnej wokół Ukrainy, nie można nazwać inaczej niż psychozą. I dlatego można zrozumieć politykę wydawcy. Chyba naprawdę nie warto wnosić pochodni do domu wariatów.

Oksana Zabużko podczas wręczania Literackiej Nagrody Europy Środkowej „Angelus”, 19 października 2013 (źródło: dzięki uprzejmości Biura Literackiej Nagrody Europy Środkowej „Angelus”)

Oksana Zabużko podczas wręczania Literackiej Nagrody Europy Środkowej „Angelus”, 19 października 2013 (źródło: dzięki uprzejmości Biura Literackiej Nagrody Europy Środkowej „Angelus”)

Mnie osobiście zdziwiło, że w Polsce, gdzie wielu Polakom dalej z trudem przychodzi słuchać o partyzantach UPA, to przyjęcie było aż tak dobre – znalazły się entuzjastyczne recenzje i Angelus…

Wiem, że narzekacie na to, że Polacy „oduczają się czytać”, ale, proszę mi wierzyć, dla mnie polska reakcja na Muzeum… (tak samo jak i niemiecka!) to przykładowe zachowanie się „czytającego narodu”, kiedy literaturę traktuje się jak literaturę, a nie narzędzie dla politycznych manipulacji w kampanii wyborczej. Na długo przed ukazaniem się polskiego przekładu powieści mówiłam w prasie, że właśnie ten przekład jest dla mnie najważniejszy ze wszystkich (nb. w wydawnictwie Nowej Europy Wschodniej ukaże się mój wywiad-rzeka z Izabelą Chruślińską pod tytułem Ukraiński palimpsest, tam też to tłumaczę na wielu stronach!). Oczywiście, że jestem świadoma, że dla polskiego czytelnika UPA niesie zupełnie inne znaczenia niż dla ukraińskiego. Ale Muzeum… to nie jest „powieść o UPA”; jej wątek „wojenny”, powiązany z Halą i Adrianem, to przede wszystkim próba „historyczno-psychologicznej odnowy”. Ci ludzie byli inni, niż my-współcześni, i musiałam ich nie tylko zrozumieć, ale wejść w ich skórę, przemówić ich językiem. Myślę, że każdy pisarz podświadomie pracuje według metody Stanisławskiego: kiedy pisałam scenę śmierci w kryjówce, przez kilka dni po prostu nie mogłam chodzić; z epizodem dotyczącym śmierci Włady w pierwszym rozdziale było tak samo… I to już jest inny poziom „komunikacji międzykulturowej”, ten „od człowieka do człowieka”, dla którego pisane (i tłumaczone!) są utwory literackie. Zarówno polskie recenzje, jak i reakcje polskich czytelników (dokładniej – czytelniczek, ponieważ z Polski pisały do mnie, poza kilkoma wyjątkami, przeważnie kobiety), i finał Angelusa – to wszystko są dla mnie nadzwyczajnie krzepiące oznaki, że literatura w świecie współczesnym jest czegoś warta, że my jeszcze czujemy i odczuwamy siebie nawzajem, na tym właśnie poziomie cząsteczkowym „od człowieka do człowieka”, choć zagłusza nas ze wszech stron informacyjna lawina. I kiedy czytasz, znów na blogu (tym razem polskim), jak młoda czytelniczka pisze o Muzeum porzuconych sekretów jak o lustrze, w którym znajome realia nabierają innego wymiaru („To, co było nasze, dzisiaj ukraińskie, a przez to wspólne…”), to, mój Boże, nie tylko dla samego patosu powiedziano, że rodzi się wiara w przyszłość! I że politycy wszystkich krajów, którzy stawiają mniejsze czy większe kramy na traumach pamięci narodowej, niczego nie wskórają!

Strony: 1 2

Tekst ukazał się w Miesięczniku Odra nr 2/2014

Dodaj komentarz


Artykuły

Recenzje

Opinie

Czytelnia

Myślnik

Wydarzenia

Daniel Pielucha. Nadrealizm polski

Od 24 lutego do 26 marca 2017 roku

Daniel Pielucha (źródło: materiały prasowe organizatora)

Urszula Tarasiewicz. Ogrodowa / Garden Street

Od 24 lutego do 31 marca 2017 roku

Urszula Tarasiewicz, „Ogrodowa/Garden Street” (źródło: materiały prasowe organizatora)

Kupując oczami

Od 22 lutego do 11 czerwca 2017 roku

Projekty aranżacji wystawy sklepu Juliusza Grossego  w Krakowie autorstwa Franciszka Seiferta, autor fot. nieznany, lata 30. XX w., wł. Muzeum Historycznego Miasta Krakowa (źródło: materiały prasowe organizatora)

Andrzej Mitan. Sztuka (nie)zidentyfikowana

Od 18 lutego do 23 kwietnia 2017 roku

Andrzej Mitan, „W świętej racji”, płyta analogowa, proj. Ryszard Winiarski (źródło: materiały prasowe organizatora)

ABS_2067

Od 27 lutego do 17 marca 2017 roku

Philippe Rębosz, „And all my friends are dead”, akryl i olej na płótnie, 2017 (źródło: materiały prasowe organizatora)

Nature morte

Od 19 lutego do 14 maja 2017 roku

Barnaby Barford „Do it again, I didn’t press record”, 2009, dzięki uprzejmości artysty, Fot. Noah Da Costa, © Barnaby Barford (źródło: materiały prasowe organizatora)

Alicja Bielawska. Jeśli nie tutaj, gdzie?

Od 17 lutego do 9 kwietnia 2017 roku

Alicja Bielawska, „Ćwiczenia na dwie linie”, 2014 ,fot. Bartosz Górka (źródło: materiały prasowe organizatora)

Szczęśliwej podróży

Od 17 lutego do 27 maja 2017 roku

3–4 marca 2017 roku, pokaz filmu „Exil Shanghai” (źródło: materiały prasowe organizatora)

Martwa Natura

Od 15 lutego do 14 marca 2017 roku

Katarzyna Makieła-Organisty, „Czaszka jelonka”, 2014 (źródło: materiały prasowe organizatora)

Skarby baroku. Między Bratysławą a Krakowem

Od 10 lutego do 23 kwietnia 2017 roku

„Widok Krakowa”, 1652, olej na płótnie, Muzeum Narodowe w Krakowie (źródło: materiały prasowe organizatora)

więcej wydarzeń
U have turned off the Artwork.

On the other hand U have become integrated with an interactive art experience.

Yes, U can go back but U can't change the fact that U've been integrated...

In case U want 2 turn the Artwork back on just click one of the other buttons.

CODEMANIPULATOR