Historia sztuki czy literatury ma problem z postaciami takimi jak Krzysztof Niemczyk. Co prawda, napisał powieść i około dwudziestu opowiadań, trudno jednak nazwać go pisarzem – i to nie tylko dlatego, że większość tych dzieł zaginęła, zaś surrealistyczna, skrząca się erudycją i gorzkim humorem Kurtyzana i pisklęta, która wzbudziła zachwyt Tadeusza Kantora, Henryka Stażewskiego i Artura Sandauera, najpierw ukazała się we francuskim przekładzie, a dopiero potem, wiele lat po śmierci autora, w oryginale. Nie był też malarzem, choć jego obrazy wiszą w muzeach sztuki nowoczesnej, budząc zresztą sporo kontrowersji. Działał w przestrzeni publicznej, z całą pewnością nie był jednak performerem, akcjonistą, a nawet sytuacjonistą, jak próbuje się go czasem nazywać.

Widok wystawy “Krzysztof Niemczyk, Sytuacjonista, pisarz, malarz” w Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie MOCAK, fot. Rafał Sosin (źródło: dzięki uprzejmości Muzeum)

Widok wystawy “Krzysztof Niemczyk, Sytuacjonista, pisarz, malarz” w Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie MOCAK, fot. Rafał Sosin (źródło: dzięki uprzejmości Muzeum)

Problem bierze się stąd, że Niemczyk nie rozdzielał życia od sztuki – i nie było to chyba świadomym wyborem niezwykle trudnej strategii artystycznej, ale wynikało wprost z jego natury, predyspozycji (i niedyspozycji) psychicznych, warunków osobowościowych. Tymczasem wbrew stereotypom ogromna większość twórców, nawet najbardziej „totalnych”, higienicznie dba o rozdzielenie tych dwóch sfer: czego dowodzi zresztą przykład Kantora, artysty, który „odkrył” Niemczyka (a później chciał o nim jak najszybciej zapomnieć). Sztuka, także ta największa, potrzebuje czasem odrobiny konformizmu.

Zresztą, być może Krzysztof Niemczyk nie zdawał sobie sprawy z własnej bezkompromisowości. Po prostu: żył jak żył. I to od dziecka. Urodzony na rok przed wybuchem wojny w Warszawie w rodzinie muzyków Wacława Niemczyka i Doroty z domu von Schenk, po powstaniu 1944 znalazł się w Krakowie – opuszczony przez ojca, który postanowił uciec na Zachód, by kontynuować wirtuozowską karierę skrzypka. Chłopak nieprzeciętnie inteligentny, szybko kształtujący swoje kulturalne zainteresowania, zakończył edukację na pięciu latach szkoły powszechnej. Któregoś dnia wybrał się do szkoły nago, pozostawiając za sobą przerażone okrzyki matki, już wtedy bezradnej wobec jego eskapad. Przerażeni skandalem nauczyciele okryli go… mapą Polski – i uznali, że dziecko nie nadaje się do dalszej nauki.

Niemczyk żył w Krakowie, mieście, które po wojnie objawiło swój wyjątkowy charakter. Jeszcze stosunkowo niewielkie, skoncentrowane wokół kilku, głównie staromiejskich enklaw, emanowało twórczą witalnością. Przypomnijmy: to czasy, kiedy tu właśnie kształtowało się środowisko „Znaku” i „Tygodnika Powszechnego”, kwitło życie towarzyskie Domu Literatów przy ulicy Krupniczej 22, swoją potęgę zaczynało budować Wydawnictwo Literackie (które odrzuci jednak książkę Niemczyka), w klubie jazzowym „Helikon”, ozdobionym rysunkami Wiesława Dymnego, grywali Komeda, Trzaskowski, Makowicz, Matuszkiewicz, Seifert… Od 1956 roku działała Piwnica pod Baranami. Dwa lata później reaktywowano przedwojenną, a raczej sformułowano na nowo Grupę Krakowską. Ważnym miejscem stawały się piwnice pałacu Krzysztofory, w których królował Tadeusz Kantor i które na kilka lat znalazły się w orbicie działań Niemczyka.

Kraków, niemal nie zniszczony podczas wojny, prowincjonalny wobec Warszawy, w której skoncentrowała się komunistyczna władza, dawał szczególną – kameralną, niemal rodzinną – przestrzeń wolności. W o wiele większym stopniu, niż zwykło się uważać, okazał się też otwarty na  przybyszów z zewnątrz: warszawiaków, repatriantów z kresów, mieszkańców okolicznych miasteczek i wiosek… Był różnorodny. Na tyle, że – jak można by sądzić – potrafiłby wchłonąć każdego.

Owszem, Krzysztof Niemczyk szokował zapewne przypadkowych przechodniów, wchodząc niemal (!) w pełnym negliżu do fontanny naprzeciw kościoła Mariackiego albo odsłaniając na chwilę pośladki przed witryną jakiegoś szacownego sklepu. Miasto znało jednak znacznie bardziej spektakularne skandale: pamiętano np. pijanego Jerzego Nowosielskiego, który podczas oficjalnego przyjęcia w Jamie Michalika nie tylko rozebrał się przed komunistycznymi notablami „z centrali”, ale ułożył się na stole między wypełnionymi jedzeniem talerzami. Gesty Niemczyka stają się w tym kontekście niemal „mieszczańsko” niewinne. Zresztą, można by przypuszczać, że Niemczyk pasował do tej nieco surrealistycznej atmosfery „miasta na niepogodę”. Ze swoją piękną twarzą o regularnych rysach, pokrytą fantazyjnym, za każdym razem dziwniejszym makijażem, w którym z wyraźną przyjemnością dawał się fotografować, z drewnianym ptaszkiem na ramieniu i białymi skrzydełkami przyczepionymi do pleców (niedawna akcja „Modraszek”, kiedy przez miasto przemaszerowała grupa krakowian, którzy, uzbrojeni w motyle skrzydła, występowali w obronie przyrody Zakrzówka, na pewno by mu się spodobała).

Bo akcje Niemczyka również zdawały się wpisywać w tutejszy krajobraz. Jak ta, kiedy wraz z grupą hipisów między kopcem Kościuszki a Rudawą, niewielką rzeczką płynącą u stóp wzgórza Salwatorskiego – w „hołdzie Wandzie, co nie chciała Niemca” – rozwijał motek nici, by jego resztki uroczyście zatopić w wodzie. Albo kiedy przypiął kilku znajomych do mającego właśnie ruszyć autobusu, tworząc ad hoc własną Grupę Laokoona. Kiedy na Plantach przed Biurem Wystaw Artystycznych (Bunkrem Sztuki) przywiązał do ławki własną matkę, czyniąc z niej „żywą rzeźbę”… Ciekawe, co czuła kobieta mieszkająca z synem w mieszkaniu na peryferyjnej ulicy Siemieńskiego,  wypełnionym książkami i płytami, jakimiś gratami pościąganymi z piwnic i tandet, z wszechobecnymi fotografiami i rysunkami? Jak znosiła nieustanną biedę i tryb życia własnego, dominującego dziecka? Jak przetrwała wizyty nieprzewidzianych gości, hipisów, z którymi Niemczyk nie utożsamiał się co prawda, ale wśród których zyskiwał największą akceptację?

Strony: 1 2

Tekst ukazał się w Miesięczniku Odra nr 11/2014

Dodaj komentarz


Recenzje

Opinie

Rozmowy

Czytelnia

Myślnik

Wydarzenia

Bownik. Wyobraź sobie czasy, w których wszystkie rekordy już padły

Od 20 stycznia do 23 lutego 2017 roku

Bownik, „Passage”, 2013 (źródło: materiały prasowe organizatora)

Prabhakar Pachpute i Rupali Patil. Zwiastunki chaosu

Od 28 stycznia do 18 czerwca 2017 roku

Prabhakar Pachpute, „Góra ucieczki”, 2016 (źródło: materiały prasowe organizatora)

Marek Starzyk. Gazetowe obrazki

Od 27 stycznia do 23 lutego 2017 roku

Marek Starzyk, Bez tytułu, 1999–2000 (źródło: materiały prasowe organizatora)

Jacek Sempoliński. Obrazy patrzące

Od 21 stycznia do 26 marca 2017 roku

Jacek Sempoliński (źródło: materiały prasowe organizatora)

Ludwik Gronowski. Fotografie Krzemieniec/Wołyń 1930–1939

Od 19 stycznia do 19 marca 2017 roku

Ludwik Gronowski, „Na szybowisku” (źródło: materiały prasowe organizatora)

Eksplozja litery

Ikonografia tekstualności jako źródła cierpień

Od 12 stycznia do 31 marca 2017 roku

Ireneusz Walczak, „Bartoszewski”, 2016 (źródło: materiały prasowe organizatora)

World Press Photo 2016

Od 14 stycznia do 12 lutego 2017 roku

Warren Richardson, Australia | „Hope for a New Life”, 28 August, Serbia/Hungary border (źródło: materiały prasowe)

Jan Kucz. Antoni Janusz Pastwa

Od 10 stycznia do 8 lutego 2017 roku

„Jan Kucz. Antoni Janusz Pastwa” (źródło: materiały prasowe organizatora)

Nie, no to nie. Dźwiękowe działania obrazoburcze

Od 11 stycznia do 14 lutego 2017 roku

Ryszard Ługowski (źródło: materiały prasowe organizatora)

Urok prowincji w fotografii Jerzego Piątka

Od 10 stycznia do 2 lutego 2017 roku

Jerzy Piątek, „Smutek i urok prowincji”, koniec lat 70. i 1 poł. lat 80. XX w. (źródło: materiały prasowe organizatora)

więcej wydarzeń
U have turned off the Artwork.

On the other hand U have become integrated with an interactive art experience.

Yes, U can go back but U can't change the fact that U've been integrated...

In case U want 2 turn the Artwork back on just click one of the other buttons.

CODEMANIPULATOR