Wałęsa. Człowiek z nadziei, reż. Andrzej Wajda, premiera: 4.10.2013 r., dystrybucja: ITI Cinema, Polska 2013

Najnowszy film Andrzeja Wajdy zdążył wygenerować tyle medialnego szumu, że wyświechtane marketingowe hasło o filmowym wydarzeniu roku żadną miarą nie jest w jego przypadku nadużyciem. W ciągu kilku tygodni, jakie minęły od pierwszych pokazów przedpremierowych, Wałęsa. Człowiek z nadziei oberwał już wielokrotnie z kilku stron i za „przekłamania historyczne” (w czym celują zwłaszcza zwolennicy konserwatywnych opcji politycznych), i za nadmierną bałwochwalczość wobec postaci byłego prezydenta. Jednocześnie jako polski kandydat do Oscara został przez niektórych recenzentów-profetów obdarzony wizją stuprocentowej nominacji i niemal pewnej statuetki Amerykańskiej Akademii Filmowej. Co bardziej gorliwi krytycy-wróżbici oczyma wyobraźni widzą już Roberta Więckiewicza pospołu z reżyserem w glorii zwycięzców na scenie Dolby Theatre.

„Wałęsa”, reż. Andrzej Wajda, fot. Marcin Makowski (źródło: materiały prasowe dystrybutora)

„Wałęsa”, reż. Andrzej Wajda, fot. Marcin Makowski (źródło: materiały prasowe dystrybutora)

Zejdźmy jednak na Ziemię, polską ziemię. Fora internetowe szybko zalała bezprecedensowa kampania nienawiści, wymierzona tyleż w film, co w tytułowego bohatera, zdaniem wielu anonimowych komentatorów „zdrajcy ojczyzny – agenta Bolka”. W dzień po kinowej premierze na najpopularniejszym portalu filmowym w Polsce znajdowało się już kilkaset wątków poświęconych Wałęsie, a uśredniona ocena obrazu Wajdy wystawiona przez użytkowników Filmwebu z wolna pięła się do poziomu zarezerwowanego dla produkcji przeciętnych. Wcześniej bowiem nota ta, w dużej mierze wygenerowana przez ludzi, którzy – jak sami często przyznawali – „filmu nie widzieli i nie zamierzają oglądać” utrzymywała się w rejonach okupowanych przez najgorsze produkcje w historii kina.

Każda informacja promująca Wałęsę w polskim Internecie to news o wysokim ryzyku wywołania skoku ciśnienia u internautów oraz wzmożonej aktywności moderatorów zamieszczanych komentarzy. Właściciele stron w sieci prezentujących tak kontrowersyjne materiały zapewne zacierają ręce, odmierzając szybującą w górę „klikalność”. Polecam te fakty badaczom Internetu i recepcji polskiego kina do szczegółowej analizy, jednak zasadnicze wydaje się postawienie teraz podstawowego pytania: czy mamy do czynienia z dziełem, o które w ogóle warto kruszyć kopie w słownych potyczkach?

Pierwszym kluczem do filmu Wajdy jest jego tytuł. Dodany niemal w ostatniej chwili (co wymusiło pewne zmiany w kampanii promocyjnej) do nazwiska protagonisty drugi człon automatycznie każe traktować Człowieka z nadziei jako zwieńczenie Wajdowskiej trylogii. Warto jednak przypomnieć, że identyczny tytuł nosiła również wyreżyserowana przez autora Popiołów nowela filmowa umieszczona w zbiorowym dziele Solidarność, Solidarność… (2005). W tamtej autotematycznej miniaturce odtwórcy ról Mateusza Birkuta i reporterki Agnieszki – Jerzy Radziwiłowicz i Krystyna Janda – celebrowali wraz z Lechem Wałęsą na sali kinowej 25. rocznicę podpisania porozumień sierpniowych, a sam reżyser wyjawiał, że to były prezydent życzył mu w imieninowym liście nakręcenia filmu zatytułowanego Człowiek z nadziei. W nowym filmie Andrzeja Wajdy, zrealizowanym, jak chcą niektórzy, jako urodzinowy prezent na siedemdziesiąte urodziny swego bohatera, sierpień 1980 roku to jeden z ekranowych epizodów. Odgrywany tu przez Więckiewicza Wałęsa za sprawą montażowego triku dostaje ulotkę od postaci Jandy i Radziwiłowicza, co niejako stanowi rewers sceny z Człowieka z żelaza, w którym ta dwójka spotykała rzeczywistego przywódcę „Solidarności”. W ten sposób na poły mitologiczne, a na poły realistyczne solidarnościowe uniwersum Wajdy otrzymuje dodatkowy zastrzyk ontologicznej niejednoznaczności.

Opowieść o dwudziestu latach z życia Wałęsy (od demonstracji w grudniu 1970 roku do słynnej przemowy w Kongresie USA) to, co przeszłe, miesza z tym, co aktualne. Na starcie Wajda podejmuje więc kwestię, którą dziś żyją przeciwnicy prezydenta – jego domniemanej współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa. Filmowy Wałęsa próbuje powstrzymać kolegów ze stoczni od eskalacji zamieszek, a na posterunku przedstawia się funkcjonariuszom jako hamulcowy demonstracji. Po wewnętrznej weryfikacji jego udziału w strajkach dostaje od milicjantów kilka dokumentów, które z wahaniem podpisuje, straszony więzieniem w czasie, gdy będąca z pierwszym dzieckiem w ciąży żona ma rodzić. Na tym jednak reżyser sprawy nie zamyka, ponieważ temat złożonych pod presją podpisów powraca kilkakrotnie, także jako negatywna karta wyciągana przez współtowarzyszy opozycyjnej walki – antycypacja dzisiejszych oskarżeń. Ostatecznym argumentem na rzecz Wałęsy jest więc jego niezłomna postawa wobec władz podczas internowania. Dojrzały przywódca, z powodzeniem wygrywający słowny ping pong (nota bene ulubiony sport Wałęsy) z esbekami, to już nie ten sam człowiek co młody rodzic, którego można krzykiem zmusić do uległości.

„Wałęsa”, reż. Andrzej Wajda, fot. Marcin Makowski (źródło: materiały prasowe dystrybutora)

„Wałęsa”, reż. Andrzej Wajda, fot. Marcin Makowski (źródło: materiały prasowe dystrybutora)

Mniej lub bardziej świadomie Wajda wpisuje swoją narrację w schematy kina superbohaterskiego, w którym błędy młodości można odkupić z nawiązką późniejszymi heroicznymi czynami. Spektakularny bieg do stoczni i słynny skok przez płot to dopiero początek drogi do wielkości. Późnemu Wałęsie nie straszny jest nawet, budzący grozę w filmach z Johnem Rambo, śmigłowiec Mi-24, synekdochicznie reprezentujący zagrożenie radziecką interwencją wiszącą nad PRL-em. Wygląda na to, że internetowy żart zestawiający Człowieka z nadziei z Człowiekiem ze stali nie był tak surrealistyczny, jakim się początkowo wydawał.

Wałęsa w stanowiącym klamrę filmu wywiadzie z Orianą Fallaci to jednak bardziej „człowiek z uporu” – tym bardziej uzbrajający się w przekorny bunt i buńczuczną maskę kabotyna, z im silniejszym przeciwnikiem wydaje się mieć do czynienia. Siadając naprzeciw słynnej dziennikarki, którą skrycie podziwia choćby za odwagę ciśnięcia chustą w twarz Chomeiniemu, świadomie odgrywa rolę rozpartego w fotelu bufona, notorycznie przerywającego, łapiącego za słówka i nie pozwalającego sobie na pozory szczerości. Rozmowa ta jednak paradoksalnie wydobywa z postaci Wałęsy więcej człowieczeństwa niż ukierunkowane na historyczny przekaz sekwencje z kolejnych kamieni milowych w życiu socjalistycznej Polski.

Podstawowym problemem filmu Wajdy jest próba dotarcia z jego przekazem do wszystkich, łącznie z widzami zagranicznymi, którym trzeba objaśniać meandry polskiej historii najnowszej na poziomie podstawowym. Stąd też łopatologiczne (a przy tym koszmarne estetycznie) napisy początkowe i końcowe oraz wyświechtane archiwalia i pozakadrowe komentarze wyjęte z kronik filmowych – od wiadomości o podwyżkach cen w 1970 roku po obwieszczenie wprowadzenia stanu wojennego. Montażowe sklejki z różnym skutkiem spajają autentyczne obrazy tłumu stojącego na ulicach czy modlącego się w stoczni z aktorskimi rekonstrukcjami, którym ciasne obramowanie odtwarzanego kalendarium wyraźnie szkodzi. Nie udało się przy tym zredukować dysonansu pomiędzy jakością poszczególnych materiałów. Aktorską scenę przygotowań do mszy w stoczni rozpoczyna kilkuosobowa pogadanka, zaprezentowana w wysokiej rozdzielczości. W kolejnym ujęciu zarejestrowane fragmenty ceremonii sfilmowanej na żywo z helikoptera atakują oczy widza zarówno ziarnistym obrazem, jak i ogromem przedsięwzięcia, którego skali filmowa inscenizacja nie była w stanie oddać.

Strony: 1 2

Michał Lesiak – redaktor czasopisma „EKRANy”.

1 komentarz do artykułu “Kalendarz z przywódcą”

  1. Zosia

    Panie recenzencie Lesiaku, analiza filmu – szkolna.
    Doceniam Pana siłowe próby w erudycji i intelektualny wysiłek, ale tego nie daje się czytać!
    Proszę złożyć podanie o przeszkolenie u pana Soboloewskiego albo u pana Pietrasika czy pana Raczka
    Kibicuję Panu, wierzę w Pana, ale z takim warsztatem pozostaje Pan tylko ukrytym krytykiem. Sorry, taka grafomania nie przejdzie!

Dodaj komentarz


Artykuły

Opinie

Rozmowy

Czytelnia

Myślnik

Wydarzenia

Bownik. Wyobraź sobie czasy, w których wszystkie rekordy już padły

Od 20 stycznia do 23 lutego 2017 roku

Bownik, „Passage”, 2013 (źródło: materiały prasowe organizatora)

Prabhakar Pachpute i Rupali Patil. Zwiastunki chaosu

Od 28 stycznia do 18 czerwca 2017 roku

Prabhakar Pachpute, „Góra ucieczki”, 2016 (źródło: materiały prasowe organizatora)

Marek Starzyk. Gazetowe obrazki

Od 27 stycznia do 23 lutego 2017 roku

Marek Starzyk, Bez tytułu, 1999–2000 (źródło: materiały prasowe organizatora)

Jacek Sempoliński. Obrazy patrzące

Od 21 stycznia do 26 marca 2017 roku

Jacek Sempoliński (źródło: materiały prasowe organizatora)

Ludwik Gronowski. Fotografie Krzemieniec/Wołyń 1930–1939

Od 19 stycznia do 19 marca 2017 roku

Ludwik Gronowski, „Na szybowisku” (źródło: materiały prasowe organizatora)

Eksplozja litery

Ikonografia tekstualności jako źródła cierpień

Od 12 stycznia do 31 marca 2017 roku

Ireneusz Walczak, „Bartoszewski”, 2016 (źródło: materiały prasowe organizatora)

World Press Photo 2016

Od 14 stycznia do 12 lutego 2017 roku

Warren Richardson, Australia | „Hope for a New Life”, 28 August, Serbia/Hungary border (źródło: materiały prasowe)

Jan Kucz. Antoni Janusz Pastwa

Od 10 stycznia do 8 lutego 2017 roku

„Jan Kucz. Antoni Janusz Pastwa” (źródło: materiały prasowe organizatora)

Nie, no to nie. Dźwiękowe działania obrazoburcze

Od 11 stycznia do 14 lutego 2017 roku

Ryszard Ługowski (źródło: materiały prasowe organizatora)

Urok prowincji w fotografii Jerzego Piątka

Od 10 stycznia do 2 lutego 2017 roku

Jerzy Piątek, „Smutek i urok prowincji”, koniec lat 70. i 1 poł. lat 80. XX w. (źródło: materiały prasowe organizatora)

więcej wydarzeń
U have turned off the Artwork.

On the other hand U have become integrated with an interactive art experience.

Yes, U can go back but U can't change the fact that U've been integrated...

In case U want 2 turn the Artwork back on just click one of the other buttons.

CODEMANIPULATOR