Stanisław Bereś: Siedzimy w pańskiej ulubionej restauracji. Ile czasu ze swojego życia spędził Pan w tego typu miejscach?

Tadeusz Konwicki: Niezbyt wiele, a jeśli już się to zdarzało, na ogół zresztą wieczorami w latach mojej młodości, to wybieraliśmy raczej takie miejsca, w których panowie wypijają po parę kieliszków. Wtedy życie było dość szare: nie było telewizji, radio stanowiło rzadkość, a kino też było trudno dostępne. Te braki rekompensowaliśmy więc sobie bogatym życiem towarzyskim.

Tadeusz Konwicki i Gustaw Holoubek, fot. Mariusz Kubik (źródło: Wikipedia. Wolna Encyklopedia)

Tadeusz Konwicki i Gustaw Holoubek, fot. Mariusz Kubik (źródło: Wikipedia. Wolna Encyklopedia)

Ze statystyk wynika, że przesypiamy średnio 15 lat życia. Pan na te rozmowy z innymi literatami oraz aktorami (np. Łapickim czy Holoubkiem), na pewno poświęcił w sumie z pięć lat. Dało wam to coś dobrego, czy tylko zabrało czas?

To była forma obcowania, koleżeństwa. Z Holoubkiem na przykład poznałem się przy tworzeniu Salta i od tamtej pory spotykaliśmy się praktycznie codziennie. On nawet swoje sprawy dyrektorskie tak układał, żeby móc wyskoczyć na kawę i pogadać przez chwilę. Nie gadaliśmy o żadnych podniosłych rzeczach, nie politykowaliśmy, nie reorganizowaliśmy świata. Zdarzało się, że Gucia [Holoubka – przyp. red.] coś nagle naszło i uzewnętrzniał się jako głęboko myślący facet, wręcz filozof sztuki. Te rozmowy były bezpretensjonalne, a często wręcz zabawne. Nie znaczy to oczywiście, że rozmawialiśmy o niczym.

A plotkowaliście czasem o kumplach i ich nowych książkach, rolach, romansach?

Panie profesorze, ja jestem z Wilna.

Tam się nie plotkowało?

Oczywiście że nie. Dlatego tutaj mam ciągle problem z zakorzenieniem i miejscowymi, bo oni ciągle o wszystko pytają, a ja tego nie znoszę. Ktoś na przykład zaczepia mnie: A co słychać u Gucia? Więc ja na to: Zdaje się, że gdzieś wyjeżdża. – A dokąd? – Nie wiem. – Jak to, nie zapytałeś? (dobitnie) – Tak, nie pytałem! Taki mam styl, więc w naszych rozmowach kwestie rodzajowe i tematy obyczajowo-serialowe nie wchodziły w grę. Mówiliśmy o sporcie, coś wspominaliśmy, ale nie było to plotkowanie.

To ciekawe, bo w książce Joanny Siedleckiej Kryptonim Liryka czytałem zapis pańskich rozmów z Dygatem i tam jest dużo takich wątków…

Wiedzieliśmy ze Stasiem, że jesteśmy podsłuchiwani. Nawet kiedyś mieliśmy taki system, że zaczynaliśmy rozmowę bardzo prorządowo, a potem nagle rzucaliśmy antyreżimowymi bluzgami. Raz obsługa podsłuchu nie wytrzymała, wtrąciła się i powiedziała: – Panowie, ale to już lekka przesada. Do głowy nam nie przyszło, że ktoś w tym będzie szperać po latach i to zostanie opublikowane. Takie to było zwykłe, ludzkie gadanie: on czuł się samotny, a ja mówiłem różne prowokacyjne rzeczy, żeby go rozruszać. Dygat miał swój własny oryginalny styl i chociaż był inteligentny, a do tego bardzo utalentowany, w gruncie rzeczy pozostał dużym chłopcem, więc zdarzało mu się mieć dziwaczne, przekorne opinie, które nie miały żadnego uzasadnienia, a często nawet emocjonalnego pokrycia. Z dużą przykrością więc przyjmuję, że dziennikarze szperają teraz w śmieciach i dogrzebali się do tych rozmów, które z mojej perspektywy są mało ważne i marginalne. O widzę, że profesor Bereś kiwa głową z powątpiewaniem… Pamiętam, że kiedyś tłumaczył mi, że to ma duże znaczenie dla historii literatury. Ale moim zdaniem plotkarstwo nie ma znaczenia.

Tadeusz Lubelski: Chodzi o konieczność zachowania prywatności, prawda?

Niektórym wydaje się, że literat cały czas się kreuje, więc dopiero na podsłuchu jest szczery. Tymczasem moim zdaniem każdy pisarz, czy tego chce, czy nie chce, w swojej twórczości ujawnia całą prawdę o sobie. Czytałem gdzieś niedawno, że analiza prozy Sienkiewicza ujawnia, że on był trochę pedofilem, bo mu się bardzo podobały małe panienki. To pokazuje, że analiza literacka może wejść w osobowość piszącego bardzo głęboko.

TL: Czyli to jest właściwe zajęcie dla historyków literatury, mówi pan? Powinny mówić teksty literackie, a nie materiały z podsłuchów?

Mówię po prostu o dobrych obyczajach. Podglądanie i podsłuchiwanie nie jest zdrowe. Ja jestem z Wilna, więc tym bardziej to nie jest w moim stylu.

A co z literatami, którzy piszą dzienniki? Czy w ten sposób przenoszą prawdę, która kiedyś była wypowiedziana przy stolikach, czy może jest to tak samo wykreowany obraz, jak w ich twórczości?

(poirytowany) Ale po co mamy o tym mówić? Mnie to w ogóle nie interesuje!

Pan się burzy na zaglądanie w podsłuchy, ale one zdradzają, że jednak o czymś tam plotkowaliście. Ale tak naprawdę mnie interesuje, ile z tych rozmów, które tu, w “Nowym Świecie” czy w “Czytelniku” się odbywały, przeniknęło do literatury? Czyli na ile literacki “salon” miał wpływ na twórczość?

To jest styl myślenia rodem z dwudziestolecia międzywojennego, kiedy literatura rodziła się przy stolikach kawiarnianych np. w „Ziemiańskiej”. Proszę jednak pamiętać, że ja należę do pokolenia, które przeżyło wojnę i dostało nieźle w kość. Nasze dramaty życiowe były w związku z tym tak intensywne, że nie musiały potem w barze przy kielichu nabierać form memuarowych czy literackich.

Tu w kawiarni “Nowy Świat” spotykał się pan z przyjaciółmi, o których pisał pan później w wielu książkach, od Kalendarza i klepsydry po dzisiejsze diariusze. Jak wygląda obecność tych – najbliższych panu ludzi – w książkach?

Moje pokolenie miało lęk przed pozą. Staraliśmy się być autentyczni i bardzo dbaliśmy o to, żeby w życiu pozazawodowym nie pozować na artystów wtajemniczonych. Na przykład Gucio Holoubek w życiu był zwykłym człowiekiem z tłumu, do tego kibicem sportowym. Dopiero jak wchodził na scenę, stawał się artystą. Nie mieliśmy jakiegoś cudownego stolika, przy którym rodziły się błyskotliwe myśli i nowatorskie idee. Wręcz przeciwnie, staraliśmy się być jak najmniej upozowani, jak najbardziej normalni. Trudno mi opisać klimat tych naszych spotkań w biegu, ale na pewno był on bardzo naturalny, nie było to umawiane zasiadywanie przy stolikach, choć każdy przychodził punktualnie o „swojej” godzinie, czyli kiedy mógł. Ostatecznie każdy z nas miał swoje sprawy.

Bardziej rozmawialiście o swoich dziełach, książkach, rolach czy o życiu codziennym, np. meczach lub ostatnich przeżyciach?

Jak to o „swoich dziełach”? Nam takie słowo nie przeszłoby przez usta.

Mówiąc w ten sposób, wyrażam swój szacunek do pańskich utworów. Natomiast pana koledzy mieli prawo do poufałości, więc pewnie mówili: „Tadziu, napisałeś nową książkę, chcę ci powiedzieć pryncypialnie, co o niej myślę”. Były takie rozmowy?

Były takie rozmowy. Kiedyś nie mogłem pojechać do Chałup na wakacje, bo żona z dziećmi wyjechała, a tu nagle dowiaduję się, że po Warszawie grasuje Stasiu Dygat, rozpowiadając: – Tadeusz zdradził sprawę! Ponieważ to się powtarzało, nie wytrzymałem i pytam go: – Jaką to sprawę zdradziłem? – Napisałeś książkę!

TL: Aha, czyli należało nie pisać?

Tak deklarowaliśmy w naszych koleżeńskich zabawach i grach, ale Stasia irytowało, że ja co dwa lata wydaję książkę, podczas gdy on nad swoją prozą pracuje cierpliwie i mozolnie. Były więc tego typu rozmowy, ale proszę ode mnie nie wymagać zwierzeń. Byliśmy normalnymi ludźmi. Nie było u nas klimatu przedwojennej literatury, hierarchii, reguł, salonu, postanowień, bo uformowała nas wojna. Byliśmy pokoleniem, które – nakarmione romantyzmem – zderzyło się  z historią, z ogromnymi dramatami. Trudno wymagać, żebyśmy jak wykwintni, młodzi intelektualiści francuscy z fularami na szyjach omawiali sprawy literatury. Czuliśmy się jak przechodnie z ulicy, zajęci sportem i panienkami… Czasem na wyjazdach lekko się awanturowaliśmy. Ale to tyle.

TL: Mówi pan, że jest związany ze swoim pokoleniem. Widać jednak, że w pańskiej twórczości wyraźnie jest też obecne Wilno, w którym spędził pan przecież niedużą część dzieciństwa. Co sprawia, że ten okres jest dla pana tak ważny? I jak człowiek może ocalić taką wrażliwość?

Może trochę koślawo powtórzę panią Marię Dąbrowską, która pisała, że dzieciństwo jest to nauka życia i świata, która tak silnie wgryza się w ekrany naszej pamięci i jestestwa, że stymuluje całe nasze życie i postępowanie. Ja strasznie się pilnowałem, żeby nie stać się, mówiąc w cudzysłowie, Wiechem Wileńszczyzny, żeby nie czerpać z tego korzyści. W niektórych moich książkach nie ma nawet nazwy: Wilno. Mój gdański kolega, pisarz Aleksander Jurewicz, powiedział do mnie kiedyś: – Pan nie jest wileńskim pisarzem, ale pisarzem z Wilna. I dokładnie na tyle sobie pozwalałem. Wydaje mi się, że we wszystkim, nawet w swojej polszczyźnie, jestem stamtąd, ale staram się tego nie wykorzystywać dla swojej promocji czy dla budowania swojego miejsca w literaturze.

Co nie zmienia faktu, że tej Wileńszczyzny jest bardzo dużo w pana twórczości. Zastanawiam się, czy w tych wspomnieniach chodzi tak naprawdę o dzieciństwo, czy o samą Wileńszczyznę – krainę, która w czasie wojny została nam zagrabiona i do której nie można już było powrócić.

Ten wpływ, o którym mówię, zdarza się nawet wtedy, gdy ktoś pochodzi z obszaru bez takiego historycznego bagażu jak Wileńszczyzna. Na to nie ma rady. Byłem kilka razy w Wilnie po wojnie, nawet w ostatnim trzydziestoleciu, i patrzyłem na nie z przyjemnością, ale zauważyłem, że we mnie ciągle siedzi moje dawne Wilno. To dzisiejsze jest – owszem –  bardzo ładne i sympatyczne, ale w żaden sposób mnie nie emocjonuje, niczego głębszego nie porusza.

Strony: 1 2 3 4 5

Rozmowa ukazała się w miesięczniku Odra nr 10/2012

Dodaj komentarz


Artykuły

Recenzje

Opinie

Czytelnia

Myślnik

Wydarzenia

Sergiei Tchoban. Kontrastowa harmonia miasta

Od 27 stycznia do 18 marca 2018 roku

Sergei Tchoban, „Kaprys architektoniczny. Forum Romanum albo Dwa Światy I”, projekt scenografii, piórko, pędzel, tusz chiński, akwarela, papier do akwareli na krośnie, 2013 (źródło: materiały prasowe organizatora)

Przemek Branas – GÓRA/KOSMOS/GŁOWA

Od 25 stycznia do 16 lutego 2018 roku

Przemek Branas, „GÓRA/KOSMOS/GŁOWA”, Galeria Labirynt w Lublinie (źródło: materiały prasowe organizatora)

Zakłócenia / UMWELT

Od 18 stycznia do 2 lutego 2018 roku

Karolina Kardas, „Let him kiss me…/ Niech mnie pocałuje”, video, 2 min 49 sek  (źródło: materiały prasowe organizatora)

Pejzaże antropocenu

Od 18 stycznia do 30 marca 2018 roku

Diana Lelonek, „3 Wild Man” dzięku uprzejmości artystki i galeii lokal_30  (źródło: materiały prasowe organizatora)Diana Lelonek, „3 Wild Man” dzięku uprzejmości artystki i galeii lokal_30  (źródło: materiały prasowe organizatora)

Język jako Dźwięk. Tania Candiani

Od 19 stycznia do 4 marca 2018 roku

„Język jako Dźwięk” (źródło: materiały prasowe organizatora)

Włóczęgi – malarstwo Majki Wójtowicz

Od 13 stycznia do 14 lutego 2018 roku

„Włóczęgi” – malarstwo Majki Wójtowicz (źródło: materiały prasowe organizatora)

Rosław Szaybo. Piękno użyteczne

Od 19 stycznia do 18 lutego 2018 roku

Proj. Rosław Szaybo (źródło: materiały prasowe organizatora)

Grzegorz Sztwiertnia: Ustawienia domyślne / Default settings

Od 11 stycznia do 11 lutego 2018 roku

Grzegorz Sztwiertnia, „Polskie miasteczka, Łańcut”, 2017 (źródło: materiały prasowe organizatora)

Malując

Od 11 stycznia do 25 lutego 2018 roku

Urszula Wilk, Seria Bluemetrie nr 12, płótno, akryl, olej, 200 x 175 cm, 2016 (źródło: materiały prasowe organizatora)

Drążenie miasta. Symbol

Święto Rynku Podziemnego

Od 9 do 28 stycznia 2018 roku

„Drążenie miasta. Symbol. Święto Rynku Podziemnego” (źródło: materiały prasowe organizatora)

więcej wydarzeń
U have turned off the Artwork.

On the other hand U have become integrated with an interactive art experience.

Yes, U can go back but U can't change the fact that U've been integrated...

In case U want 2 turn the Artwork back on just click one of the other buttons.

CODEMANIPULATOR