Dorota Masłowska, Kochanie, zabiłam nasze koty, Noir sur Blanc

Mecz trwał w najlepsze, a ona reprezentowała w nim drużynę Powietrza. Nikt już na nią nie patrzył, uśmiech pękł jak za ciasne majtki.[1]

To będzie historia o wstydzie i o brudzie, o samotności i o zazdrości, a przede wszystkim o byle jakiej rzeczywistości. I o tą rzeczywistości bylejakością znudzeniu. I o pokazywaniu języka. Języka kalekiego, języka niedbale przeszczepionego, języka ością w gardle stającego i okrakiem na rozdrożu rozsiadłego. A przede wszystkim będzie to bajka o rozczarowaniu i zawiedzionym oczekiwaniu, opowiedziana w pokracznych zdaniach i kiepskich zarymowaniach. Albo i bez zarymowań, zależy jak wyjdzie.

„Kochanie, zabiłam nasze koty”, Dorota Masłowska, okładka (źródło: materiał prasowy)

„Kochanie, zabiłam nasze koty”, Dorota Masłowska, okładka (źródło: materiał prasowy)

Miała tylko chwilę, żeby wszystko zmienić. Podrównać obrzępolone włosy, ogolić nogi, wymyślić sobie jakieś kwestie, żarty, zabawne komentarze, którymi mogłaby potem spontanicznie sypać. Zamaskować różne dowody na bycie tą okropną nią, wepchnąć najbardziej kompromitujące ślady swojego życia do schowka na płaszcze – wszystko, co mogłoby sugerować, że ma te różne żenujące przypadłości: przemianę materii, pięty, paznokcie, zęby… [2]

Farah, której żałosną egzystencję (na szczęście w drobnym tylko wycinku) każe nam śledzić Dorota Masłowska w swojej najnowszej powieści, to dziewczyna, która obłędnie wprost wstydzi się samej siebie: swojego ciała (i fizjologii), tego jak żyje (niezbyt spektakularnie) oraz tego kim jest (i że jest sama). Biedna Farah panicznie boi się, że w jej otoczeniu zalęgną się jakieś monstrualne trylobity („nagminnie wchodzi na strony o grzybicach i chorobach pasożytniczych” – s. 34), a w najczarniejszych koszmarach nawiedza ją wspomnienie materaca w domku letniskowym poplamionego jej krwią menstruacyjną. Jednym słowem Farah ma autentyczną obsesję na punkcie czystości. Stąd też pewnie jej nieodłączni – i chyba jedyni – przyjaciele: żel antybakteryjny i wybielacz Clorox.

Dla Farah na mizerną osłodę tego koszmaru zostawało tylko liczenie kalorii (oraz bakterii), które Jo na jej oczach pochłania potem z colą (nieumytymi rękami), podwójną whisky na skałach i olbrzymim gyrosem (będąc wegetarianką!)[3]

Czytając wszystkie te koślawe i pokraczne, jakby źle przetłumaczone zdania, kalekie i pełne bezmyślnych językowych kalek, całe frazy zeszpecone trądzikiem „procesów digestywnych”, zanieczyszczone „subwersywnością”, „suburbiami” i „environmentami”, ma się nieustannie wrażenie, że autorka dzieli ze swoją bohaterką tę obsesję czystości (choć na nieco innej płaszczyźnie). Nie sposób nie zauważyć, jak bardzo brzydzą ją te wszędobylskie krosty na sztucznym, ułomnym języku – obce ciała wywołujące infekcje i deformacje. Zresztą uwaga Doroty Masłowskiej zawsze skupiała się na zniekształconej, zapożyczonej bezmyślnie, użytej niezgodnie z przeznaczeniem frazie – a jej poprzednie książki epatowały zwrotami tak koślawymi, że wręcz potykającymi się o własne nogi (jedni widzieli w tym parodystyczne mistrzostwo, inni zarzucali jej grafomanię).

Jednak podobnie jak wtedy (jeśli przyjmiemy tę bardziej optymistyczną wersję), tak i teraz nie chodzi jedynie o prostą parodię. „Zainspirowały mnie moje różne doświadczenia z tłumaczeniami, z nieprzekładalnością mojej prozy”[4] – mówiła Dorota Masłowska w rozmowie z Justyną Sobolewską. W wywiadzie dla Wysokich obcasów rozwinęła jeszcze tę myśl: „Ten język sztucznego tłumaczenia, który widzimy w niegramotnie przetłumaczonych książkach czy na stronach internetowych, to trochę przyszłość języka polskiego. Zanik odmian, kalki gramatyczne, obce wtręty.”[5] A zatem „obsesja czystości”, którą Masłowska dzieli ze swoją bohaterką, wynika z przekonania, że obce wpływy i naleciałości zamiast twórczo stymulować rozwój języka (czy nie tak właśnie działo się z angielszczyzną, gdy tylko stykała się z innymi językami na wszystkich kontynentach?), doprowadzą do skolonizowania go i zawłaszczenia. Sprawią, że będzie się stopniowo prymityzował, zamieniając się w bezsensowny bełkot dzikusów, a nam w końcu pozostanie porozumiewać się na migi. Spójrzmy choćby na stronę szóstą powieści: przypadkowo znaleziony przez Farah miłosny liścik „zostawił ją nieoddychającą”. Czy to jeszcze w ogóle po polsku?

Ale to nie są po prostu fobie pisarki o konserwatywnych poglądach (konserwatywna Masłowska, to ci dopiero). Ten język z bazaru, język uczestnika przyspieszonego kursu dla obcokrajowców, język bezmyślnego automatycznego tłumacza to coś więcej, niż prześmiewcza stylizacja. W „Kochanie, zabiłam nasze koty” medium jest odbiciem rzeczywistości, którą opisuje. Za pośrednictwem podróbki ojczystego języka czytamy o podróbce importowanego zza oceanu świata . Czy coś mogłoby się nadawać lepiej do opisu rzeczywistości skleconej z naiwnych fantazji, mglistych wyobrażeń i mało wiarygodnych doniesień z drugiej ręki, niż język zainfekowany wirusami i końmi trojańskimi? Historia rozgrywa się co prawda w Nowym Jorku – ale to w o wiele większym stopniu Nowy Jork infantylnych fantazji z kolorowych czasopism, miasto spłycone i strywializowane, naiwne marzenie o stolicy kosmopolitycznej wolności.

W cytowanym już wywiadzie dla Wysokich obcasów Masłowska tłumaczyła:

Kochanie, zabiłam nasze koty” wzięło się z mojej irytacji buchającą ze wszystkiego sztucznością, pretensjonalnym językiem, zapożyczeniami i kalkami, w których drzemie jakieś nienasycenie, ciągła aspiracja do lepszego. Zaczęłam pisać, używając fanaberyjnych imion, moje postaci zaczęły wykonywać totalnie sztuczne, nadekspresyjne, brazylijskie gesty. Poczułam, że świat, który się z tego wszystkiego wykluwa, jest wielomówny, metaforyczny. I że jest światem moich frustracji, mojej odrazy… [6]

W świecie, o którym mówi Masłowska, ludzie nie tylko posługują się narzuconymi im językami, ale w ogóle żyją w wykreowanej przez kogoś innego wizji: mieszkają w domach z katalogu, spędzają czas tak, jak im radzą kolorowe pisma dla gospodyń domowych, a polukrowane wyobrażenia o szczęściu dziedziczą w prostej linii po bohaterach komedii romantycznych i telenowel:

Chcę zobaczyć, jak pijesz cappuccino i ta zabawna pianka miesza się ze szminką na brzegu twojej filiżanki.[7]

Ba, bohaterowie „Kochanie, zabiłam nasze koty” mają nawet wspólny sen, który śni się każdemu z nich!

Farah w tym całym groteskowym wydaniu to naprawdę odrażająca, żałosna kreatura. Kłębek nerwów, fobii i obsesji, chorobliwie zazdrosna, a równocześnie spragniona uwagi i uznania zołza. Samotna, bo odrzucona przez świat, za którym nie ma ochoty nadążać (a czy w ogóle warto to robić, to już zupełnie inna rzecz). No i wegetarianka i paranoiczka, która panicznie boi się, że ludzie poznają jej najbardziej wstydliwe sekrety (np. historię jej googla). Wybuchowa mieszanka, prawda?

  1. Dorota Masłowska, Kochanie, zabiłam nasze koty, Noir sur Blanc 2012, s. 141.
  2. Dz. cyt., s. 127.
  3. Dz. cyt., s. 21.
  4. Nikt nie chce być pisarzem, każdy chce być gwiazdą. Rozmowa z Dorotą Masłowską, Polityka, 5 czerwca 2012, http://www.polityka.pl/kultura/rozmowy/1527533,1,rozmowa-z-dorota-maslowska.read
  5. Dorota Masłowska: Jestem Bogiem rzeczy małych, Wysokie obcasy, 30 października 2012, http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53662,12689562,D%20orota_Maslowska__jestem_Bogiem_rzeczy_malych.html
  6. Tamże
  7. Dorota Masłowska, Kochanie, zabiłam nasze koty, s. 6.
Strony: 1 2

Dodaj komentarz


Artykuły

Opinie

Rozmowy

Czytelnia

Myślnik

Wydarzenia

Prabhakar Pachpute i Rupali Patil. Zwiastunki chaosu

Od 28 stycznia do 18 czerwca 2017 roku

Prabhakar Pachpute, „Góra ucieczki”, 2016 (źródło: materiały prasowe organizatora)

Marek Starzyk. Gazetowe obrazki

Od 27 stycznia do 23 lutego 2017 roku

Marek Starzyk, Bez tytułu, 1999–2000 (źródło: materiały prasowe organizatora)

Jacek Sempoliński. Obrazy patrzące

Od 21 stycznia do 26 marca 2017 roku

Jacek Sempoliński (źródło: materiały prasowe organizatora)

Ludwik Gronowski. Fotografie Krzemieniec/Wołyń 1930–1939

Od 19 stycznia do 19 marca 2017 roku

Ludwik Gronowski, „Na szybowisku” (źródło: materiały prasowe organizatora)

Eksplozja litery

Ikonografia tekstualności jako źródła cierpień

Od 12 stycznia do 31 marca 2017 roku

Ireneusz Walczak, „Bartoszewski”, 2016 (źródło: materiały prasowe organizatora)

World Press Photo 2016

Od 14 stycznia do 12 lutego 2017 roku

Warren Richardson, Australia | „Hope for a New Life”, 28 August, Serbia/Hungary border (źródło: materiały prasowe)

Jan Kucz. Antoni Janusz Pastwa

Od 10 stycznia do 8 lutego 2017 roku

„Jan Kucz. Antoni Janusz Pastwa” (źródło: materiały prasowe organizatora)

Nie, no to nie. Dźwiękowe działania obrazoburcze

Od 11 stycznia do 14 lutego 2017 roku

Ryszard Ługowski (źródło: materiały prasowe organizatora)

Urok prowincji w fotografii Jerzego Piątka

Od 10 stycznia do 2 lutego 2017 roku

Jerzy Piątek, „Smutek i urok prowincji”, koniec lat 70. i 1 poł. lat 80. XX w. (źródło: materiały prasowe organizatora)

Małgorzata Szymankiewicz. blank

Od 27 grudnia 2016 roku do 22 stycznia 2017 roku

Małgorzata Szymankiewicz, „Office Work 231”, 2016 (źródło: materiały prasowe organizatora)

więcej wydarzeń
U have turned off the Artwork.

On the other hand U have become integrated with an interactive art experience.

Yes, U can go back but U can't change the fact that U've been integrated...

In case U want 2 turn the Artwork back on just click one of the other buttons.

CODEMANIPULATOR