Gdy wszyscy, młodzi i starzy, chcą być „oburzeni” i „radykalni”, a rozsądni konserwatyści dali się zepchnąć gdzieś do getta histerycznych sekt cmentarnych, proklamowanie (z hukiem!) „teatralnego manifestu kontrrewolucyjnego” robi wrażenie. I napawa nadzieją, bo legniccy kontrrewolucjoniści celnie określają wiele bolesnych miejsc współczesnego życia artystycznego – choć zdarza im się przy tym popaść w ogólniki, a używanym tu i ówdzie językiem personalnych pretensji sami strzelają sobie samobója.

„Ballada o Zakaczawiu”, reż. Jacek Głomb, fot. Tomasz Augustyn (źródło: materiały prasowe teatru)

„Ballada o Zakaczawiu”, reż. Jacek Głomb, fot. Tomasz Augustyn (źródło: materiały prasowe teatru)

Jacek Głomb ma nie byle jaką pozycję w polskim życiu scenicznym. Przybywszy przed laty blisko dwudziestu do teatru w Legnicy, ledwie dychającego, skazanego na wymarcie (łączono go z innymi miejskimi instytucjami w wielofunkcyjny dom kultury), potrafił obronić swoją scenę. Najszlachetniejszym sposobem: najsolidniej jak można osadził ją w mieście, przekonał swoich codziennych odbiorców, że mówi wprost do nich, o kwestiach żywo ich obchodzących, traktuje ich poważnie, nie schlebia i nie obraża. Z tym kapitałem mocnego wkorzenienia w lokalność walczył potem o uznanie teatralnej reszty Polski. I wygrał: apogeum sławy stanowiła Ballada o Zakaczawiu, sentymentalno­‑no­stal­­gi­cz­na (acz i wyposażona w ironię wysokiej próby) opowieść o losach szemranych mieszkańców jednej z dzielnic miasta (przez dobrych parę lat jedynej dostępnej dla Polaków, gdy w Legnicy rozsiadła się Armia Czerwona).

Pamięć o gorącym odbiorze Zakaczawia łatwo wyczuć w sformułowaniach „manifestu kontrrewolucyjnego” ogłoszonego wraz z nowym programem repertuarowym i nie byle jaką, pełną znanych nazwisk (Cieplak, Tomaszuk, Glińska, Bzdyl) listą nowych współpracowników legnickiej sceny. Głomb chce walczyć o teatr opowieści. O zwykłe, ludzkie historie na scenie, nasycone emocjami, pozbawione plakatowości, uproszczeń i wielopiętrowych dystansów. O wizerunki konkretnych postaw życiowych, do których widz może się bezpośrednio odnieść, utożsamić się z nimi, bądź odrzucić. O nieuciekanie od przejrzystej wymowy spektaklu w wygodne wieloznaczności typu: sam sobie sformułuj, widzu, przesłanie, jakie chcesz. Nie chcemy – dobitnie deklaruje szef legnickiej sceny – i nie będziemy tworzyć teatru, który odrzuca i uznaje za banał historie z początkiem, środkiem i końcem, posiadające bohatera i uchwytny rozumowo sens.

Trzebaż użycia aż takiej trąby jerychońskiej – manifestu – by głosić rzecz tak, zdawałoby się, nieskomplikowaną i oczywistą? Ano, chyba trzeba. Na to przyszło.

PRZECIW POGARDZIE

Nie dam się wciągnąć w personalne prztyczki, nasz bunt ma pozytywny przekaz – mówi Jacek Głomb dziennikarce wrocławskiej „Wyborczej”. Już po chwili jednak hamulce mu puszczają: Jeżeli się czemuś przeciwstawiamy, to światu dekompozycji, kolaży, performance’ów, jaj, który dominuje nie tylko we współczesnym teatrze, ale i całej kulturze. […] przeciw tego typu praktykom, często opartym na artystycznej hochsztaplerce. Kawałek dalej czytamy już o modach, które rządzą teatralnym światkiem, o dziełach tworzonych nie dla widowni, tylko dla kolegów z branży lub profesorów z uniwersytetów, o jednostronności (a na końcu języka tkwi już słowo „manipulacyjności”) krytycznych rankingów i werdyktów festiwali. Niedobrze. Logicznie wytyczoną programową ścieżkę zda się podmywać błotko resentymentu i frustracji. Nieuzasadnione, bo Głomb na odebrany przydział zawodowej satysfakcji dalibóg nie ma prawa narzekać.

Nie przeproszę za nagrody dla mojego teatru – replikuje Krzysztof Mieszkowski, szef wrocławskiego Polskiego, faktycznie głównego kosiarza nagród i splendorów scenicznych ostatnich lat. Ale też nie wdaje się w pyskówkę, za co mu chwała. Bo rodzi się szansa na gadanie o kwestiach istotniejszych. Nie wiem, czy dziś początek, środek i koniec w sztuce ma sens – powiada Mieszkowski. – Ten świat się rozpada na naszych oczach, a my go sklejamy z fragmentów. Dobrze, ale w tym rozpadającym się świecie wrocławski dyrektor idzie do kina albo czyta powieść i przecież nie wadzi mu linearnie rozwijająca się tam, konsekwentna fabuła. Dlaczego w innym gatunku sztuki narracyjnej, w teatrze, jej sens ma być kwestionowany? Twórczość może odwzorowywać chaos rzeczywistości, ale może też próbować go porządkować, rekonstruować, choćby w wycinku. Z jakiego powodu strategia taka – niewątpliwie zgodna z potrzebami wielu odbiorców – miałaby być z definicji gorsza?

Z kolei Monika Strzępka, zapytana o uwagi do „manifestu kontrrewolucyjnego”, powiada (skądinąd też w imponująco powściągliwym, wersalskim tonie), że Głombowi chodzi po prostu o odbudowę prestiżu tzw. teatru środka, ani nie prymitywnej rozrywki, ani nie awangardowego eksperymentatorstwa. I proponuje w zamian bitwę o oddzielenie teatru komercyjnego od niekomercyjnego, gdzie z pewnością spotkaliby się z szefem legnickiego teatru w jednym okopie. W obu twierdzeniach ma rację. Aż się ciepło robi, od tych wszystkich eleganckich zgód.

Ale bo też sens „manifestu kontrrewolucyjnego” naprawdę nie polega na tym, by „teatrem opowieści” zastąpić wściekłe bunty sceniczne Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego czy hermetyczne ciągi skojarzeń scenicznych Krzysztofa Garbaczewskiego. Ani nie na tym, by z uwzględnieniem jakowegoś parytetu rozdawać miejsca w rankingach, festiwalowe nagrody i paszporty „Polityki”. Tu akurat niepokorność, odwaga i rozpychanie granic zawsze winny być w cenie. Natomiast tym, co, śmiem podejrzewać, nade wszystko boli i doskwiera kontrrewolucjonistom, jest pewien rodzaj wyniosłej pogardy, automatycznego deprecjonowania czy też obelżywej obojętności wobec tego wszystkiego na scenach, co wygląda na zbyt uporządkowane, zbyt proste, zbyt niewymyślne formalnie. Jakoś tak nudno logiczne. Ów teatr środka, nie tandetny i nie awangardowy jest wciąż pewnie najliczniej reprezentowany na afiszach – bo cenią go widzowie, z całą pewnością nierekrutujący się wyłącznie spośród łowców eksperymentów. Ale za to zbiera wydęcia warg i półuśmieszki lekceważenia (nie rzeczowej krytyki – właśnie wzgardy!) od wszelkich znawców: kolegów z bufetu i uczonych teatrologów, środowiskowych besserwisserów i recenzenckich żółtodziobów. W tym sensie – a broń Boże nie w personalnym – Głombowe narzekania na dyktaturę tego, co modne, mają sens: jej rzeczywistym skutkiem jest nieustanna i zasadnicza deformacji skali wartości.

PRZODEM DO PRZODU

Aliści praprzyczyną takiego stanu rzeczy jest przecież generalny model konsumpcji i oceny współczesnej kultury. Model, by tak rzec, newsowy. Sam fakt stworzenia udanego i może niegłupiego przedstawienia teatralnego od dawna przestał być wystarczającym powodem, by napisano o nim artykuł, pokazano w telewizjach, lansowano w opiniodawczych kręgach. Musiał zaistnieć powód dodatkowy. Jakiś kontekst społeczny czy obyczajowy, jakaś kampania, jakieś hasło. A największym rezerwuarem poręcznych sloganów jest od zawsze leksyka rewolucyjna. Więc czytaliśmy i słyszeliśmy na okrągło i do znudzenia, o walce nowego ze starym, nowoczesnego ze zmurszałym, o przekraczaniu granic, widowiskowym łamaniu kolejnych tabu, o ojcobójstwach, o odkryciach nowych środków wyrazu, o zrewoltowanych pokoleniach, które rodziły się co pół roku i co prawda nie dysponowały jeszcze żadnym dorobkiem, ale z miejsca były skłonne do odważnych przewrotów estetycznych. Tak wykuwała się dominująca w dzisiejszym dyskursie o teatrze klasyczna doktryna postępu, niemal wprost z Tanga Mrożka. Wszystko, żeby miało wartość, musiało być „przodem do przodu”. Tył – też do przodu, zależy, z której strony patrzeć.

W jakimś momencie w kręgach „Krytyki Politycznej” pojawiło się niby żartobliwe przekonanie, że przecież „teatr już jest nasz”, mocno potem podbijane lewicową publicystyką. Można się zastanowić, ile w tym było rzeczywistej predylekcji (ponoć naturalnej) do lokowania sympatii twórców po lewej stronie, a ile podporządkowania się owej, bezwzględnie narzuconej „postępowej” skali wartości. „Manifest kontrrewolucyjny” z Legnicy tak naprawdę bije w ów fałszywy monopol aksjologiczny. Mówi tyle: chcemy po staremu, z początkiem, środkiem i końcem narracji, opowiadać o żywych ludziach i nie damy sobie wmówić, że takie założenie jest z miejsca – w punkcie wyjścia – gorsze, nudniejsze, banalniejsze, nie dość nowoczesne i innowacyjne. Nie damy się wciągnąć w niekończącą się licytację, kto kogo czym zaskoczy, jaką jeszcze granicę przekroczy – bo nie jest to jedyne kryterium wartości w sztuce. I nie pozwolimy się nieustannie obrażać snobom postępu – my i nasza niemała publiczność.

Na monopol rewolucjonistów dotąd tylko narzekano – płaczliwie i bezsilnie. Głomb zebrał hufiec, stanął u bram, przybił manifest na bramie twierdzy. I samym tym gestem osiągnął, co trzeba: zakreślił istotne pole artystycznego sporu. Albo inaczej: w elementarnym stopniu przywrócił właściwe na nim proporcje. Reszta jest już kwestią mocy twórczej i talentu artystów po obu stronach rewolucyjnego frontu.

Artykuł ukazał się w miesięczniku Odra nr 3/2012

Dodaj komentarz


Recenzje

Opinie

Rozmowy

Czytelnia

Myślnik

Wydarzenia

Balkan Playground. Michał Korta

Od 25 października do 3 grudnia 2017 roku

Michał Korta, cykl „Balkan Playground” (Randa, egipska reprezentacja karate, Sutomore, Czarnogóra), 2014 (źródło: materiały prasowe organizatora)

Kino-oko. Wokół Wiertowa i konstruktywizmu

Od 20 października do 30 listopada 2017 roku

Józef Robakowski, „Ćwiczenia na 2 ręce” (źródło: materiały prasowe organizatora)

Cukiernia Europa

Od 19 października 2017 do 25 listopada 2017 roku

Aleksandar Stankoski, Ostatnia wyprawa, 100 x 70, olej na kartonie, 1992 (źródło: materiały prasowe organizatora)

8. Festiwal Krytyków Sztuki Filmowej Kamera Akcja

Od 19 do 22 października 2017 roku

 Festiwal Krytyków Sztuki Filmowej Kamera Akcja (źródło: materiały prasowe organizatora)

Festiwal im. Macieja Berbeki Inspirowane Górami

Od 19 października do 21 października 2017 roku

Festiwal im. Macieja Berbeki Inspirowane Górami (źródło: materiały prasowe organizatora)

Inwencja i naśladownictwo. Dawna grafika włoska

Od 17 października do 17 grudnia 2017 roku

Gaetano Cottafavi, „Wodospad na rzece Aniene koło Tivoli”, 1835 (źródło: materiały prasowe organizatora)

Dziekanka artystyczna

Od 16 października do 24 listopada 2017 roku

Mirosław Bałka, „Good God” (źródło: materiały prasowe organizatora)

Festiwal Tradycji Literackich

Rozdział I: Mickiewicz / Różewicz

Od 14 października do 16 listopada 2017 roku

Ballady i Romanse (źródło: materiały prasowe organizatora)

Modernizm udomowiony

Współczesna architektura chińska

Od 13 października 2017 roku do 7 stycznia 2018 roku

Projekt: Warsztat wyrobu cukru trzcinowego w gminie Zhangxi, powiat Songyang, Studio: DnA _Design and Architecture (źródło: materiały prasowe organizatora)

Centralna, Środkowo-Wschodnia

Od 13 października do 23 listopada 2017 roku

Ivars Gravlejs, „FUCK” (Early Works), 1994 źródło: materiały prasowe organizatora)

więcej wydarzeń
U have turned off the Artwork.

On the other hand U have become integrated with an interactive art experience.

Yes, U can go back but U can't change the fact that U've been integrated...

In case U want 2 turn the Artwork back on just click one of the other buttons.

CODEMANIPULATOR